Podkreślenie znajdujące się w tekście nie jest moim wtrętem, takie samo znajduje się w oryginale który starałem się jak najwierniej przepisać.
***
... W końcu, pokonując jakieś śmietnisko, potykając się o porzucony gruz znaleźliśmy kawałek starego płotu, porzucony zygzak czasu, zapomniany nawet przez pracowitych złomiarzy. Kręciliśmy się jeszcze dookoła, patrzeliśmy na siebie i na swoje ręce. Wstrzymywaliśmy oddech gdy przechodziliśmy obok płotu. Ja nazbierałem jeżyn, on poszedł się odlać. Potem doszliśmy na jakieś przedmieścia, długo przemierzaliśmy archipelag jednorodzinnych domów, pustych ulic z pojedynczymi latarniami zanim trafiliśmy wreszcie na znajomą drogę. Wydaje mi się, że coś wtedy widziałem, co umknęło nawet mojemu towarzyszowi. Co wtedy widziałem nie jestem pewny, mogło to być jakieś ucho, jakiś koncek, naderwany liść tapety. Jakiś rodzaj obecności. Trwało to zaledwie ułamek sekundy, nieuchwytny moment, jednak zasiało we mnie szczególny niepokój.
Teraz, gdy siedzę sam
w pokoju, czasem mi się zdarza po prostu siedzieć. Wtedy czuję jak z prostych
linii i gładkich powierzchni wylewa się nierzeczywistość. Ze zgodnych barw i
czystych płyt paruje na cały pokój i wypełnia gąbczastym powietrzem moje usta.
Całe moje ciało wypełniają spokojne i niespokojne wydarzenia, które już miały
miejsce i te, które dopiero mnie czekają. Czuję jak we mnie łączy się początek
czasu, obiekcje, plany, kompleksy, starania, poświęcenia, oszustwa, z końcem
czasu. Rozumiem wtedy że chyba nie żyję. I że do końca nie wiem, nie jestem
pewny. Właściwie mógłbym umrzeć, a to że żyję nie czyni mnie niczym wyjątkowym.
No i zadaję sobie pytanie, kto na prawdę wierzy że ja żyję? Lampa dziadka
wydaje się nie mieć co do tego wątpliwości. To chyba dlatego że dużo mi zawdzięcza,
beze mnie wylądowałaby najpewniej na śmietniku z całym swoim brudem,
niedoskonałością i niepraktycznością. Sufit, w którym wybiłem kiedyś dziurę
korkiem od szampana, również coś wie na mój temat. Zaschnięta róża musiała coś
słyszeć o tym jak z moim tatą wsadziliśmy ją w książkę telefoniczną żeby ją
lepiej zakonserwować. Stąd, nie może ona wątpić o tym, że jestem. Pewne pojęcie
o mnie mają wypisane podkreślacze. Także koszyk wiklinowy niewiadomego
przeznaczenia również za mną świadczy, co prawda nie wpłynąłem na niego
dostrzegalnie i bezpośrednio, ale jego doświadczenia wypływają z naszej
wspólnej przygody. O ile nie krewnym, to na pewno jest moim powinowatym. To są
wszystko części mnie, wesołe i żywe. One mi szepczą do ucha że jestem. Tylko że
ich skrajny subiektywizm nie pozwala mi się do końca z nimi zgodzić. Poza tym,
one same nie wiedzą, czy istnieją dlatego że są potrzebne, wyłącznie jako funkcje, czy może egzystują ze
względu na własną, nieodłączną ich istocie jakość. Dlatego nie są one tak całkiem
zakorzenione w tej rzeczywistości, która tak samo dla nich jak dla mnie jest tylko domysłem, pewnym teoretycznym
konstruktem.
Dlatego, gdy widzę że realność zaczyna pruć się na szwach,
kiedy spod glazury myśli prześwituje metal myśli, wtedy zaczynam szukać
świadków tego wszystkiego, którzy ze swojej niezależnej perspektywy pomogą mi
nastroić swój kompas. Wtedy pojawia się myśl o polowaniu. Nie znaczy to, że za
każdym razem w takiej sytuacji udaję się na polowanie, tak na prawdę robię to
bardo rzadko, zwykle tylko zamykam oczy albo odwracam wzrok. Polowanie nie jest
też lekarstwem na nierzeczywistość, poza krótkimi chwilami szczególnej
hierofanii, świat nie staje się bardziej prawdziwy. Ale te krótkie chwile dają
nadzieję że jest pewien sens, którego nikt nie zna, prawda, o której nikt nie
wie, i to jest już bardzo dużo. ...