poniedziałek, 26 grudnia 2011
Jestem zbudowana z kartonu
nożykiem przecinam swoją głowę na pół
dwie półkule rozchodzą się na boki
niecierpliwy chirurg wyrywa mi skalpel
i wycina na brzuchu kratkę
ze swoją pielęgniarką grają w kółko i krzyżyk
a ja z rozwaloną czaszką leżę
próbuję poskładać myśli
rozrzucone na podłodze, układam jak puzzle...
a potem gram w kości z psychiatrą
o lewą półkulę- nie będzie mi już potrzebna
a jednak wygrałam- mam szczęście do gier
nagrodą jest bilet do fabryki papieru
jestem otoczona papierem
wczoraj śnił mi się karton po mleku
który gonił mnie i chciał coś powiedzieć
ale ja wolałam nie wiedzieć...nie pamiętać
że zamieniłam się w karton w 3 klasie podstawówki
kałuże i lustra pamiętają...
Dom- nie to nie dom
na parapecie zawsze więdną kwiaty
nie to nie kwiaty, ktoś zasadził serce
i wysuszone przedrzeźnia niedożywione liście
w tym domu jest bardzo duszno
ona nigdy nie otwiera okien
woli trzymać powietrze w piwnicy
a w pokoju dusić się powoli
w tym domu jest bardzo natrętnie
pijane muchy wlatują nie wiadomo skąd
i siadają gdzie popadnie
nie to nie muchy, to insekty szczęścia
uczepiają się chwili aby usiąść na niej
i nasycić się przystankiem w drodze donikąd
miałam wiele szczęścia
w tym domu uśmiechu przebywałam jak spóźniony turysta
dostałam zupy i chleba i chodź duszno
chociaż słabo, chodź natrętne muchy-nie muchy
błądziły i wkradały się w zakamarki moich tajemnic
cieszę się i mam wysuszone listki roślin pod poduszką
i cały słoik powietrza z piwnicy-ukradłam go i nie oddam.
czwartek, 1 grudnia 2011
Epilog
Opowiadanie jest po części inspirowane obrazkiem który zamieściła w poprzednim poście Iza.
***
Epilog
Pejzaż za szybą autobusu szarzeje i rozmywa się w monotonnym ruchu. Domy, budynki, ludzkie i nieludzkie ścieżki plecione niewidzialną ręką wraz z mijanymi metrami. Przesuwający się krajobraz jest mniej znany niż być powinien, wybiórczy, jakby to był obraz wyszyty na materiale nakręconym na szpule olbrzymiej taśmy i przeciąganym mechaniczną siłą gdzieś między szybami. Ciemny, ciemny świat, nierealny, niedzisiejszy jak ze snu. Rzeczywistość przymarza do szyby, staje się mało plastyczna i w każdej chwili może popękać jak stara, wysuszona skóra. Niebezpieczny świat z tektury i chińskiego atramentu, każdy krok tam musi być zagrożony upadkiem w otchłań która czai się gdzieś za płaszczyznami i konturami. Jak w grach komputerowych, cienka dawka imitującej rzeczywistość grafiki a pod spodem nieludzka próżnia jedynek i zer. W takich grach, wystarczy jakiś niestandardowy ruch, ucieczka z nurtu fabuły gdzieś w bok żeby się przekonać jak płaski i ograniczony jest obraz, a my jesteśmy więźniami tylko tej przestrzeni, która została dla nas z góry przewidziana. Nic nie możemy zrobić, czego by wcześniej nie zaprogramowano. Zimne dotknięcie szyby jak impuls przewodzi po ciele idee obecności w prawdziwym świecie.
Autobus musi mnie nad tym wszystkim przewieźć, musi w swojej ciasnej przestrzeni zamknąć się zupełnie, zrównać pola i krawędzie, żebym to wszystko bez szwanku pominął. Ja wiem, że to nie jest łatwe, że integralność autobusu została nadwyrężona przez ciągłe kolizje, przez tarcia pomiędzy pewną i stałą rzeczywistością świata a ulotną, nawlekaną powoli przez drżącą dłoń rzeczywistością ludzi w środku. Rzeczywistością zwalistych ciał, pochylonych głów i utkwionych w pustce spojrzeń. Lata beznadziejnych wysiłków podziurawiły karoserię autobusu. Zimno świata które wpada tutaj tymi lukami, ustawicznie wypychane przez obłoki pary z ust, nie daje za wygraną i przypomina nam gdzie jesteśmy. Dziury, dziurki, dziureczki w fotelach, w uszczelce przy oknie, w gumie, w zimowym płaszczu przypominają że ta walka, żeby przenieść i przejść czas, pominąć przemijanie w pośpiechu, ta walka trwa od lat. I udaje się zwyciężyć, udaje się połączyć ze sobą chwile, godziny, dni i lata. Udaje się złączyć wieczory z porankami, zrównać w pewną całość wszystkie dni tygodnia od poniedziałku do niedzieli, zapakować wszystko i przewiązać ciasno sznurkiem, na koniec zakopać w ziemi. Ta prawda zawarta jest w spojrzeniu starych autobusów, w mowie zurbanizowanych przestrzeni, to się wciąż udaje, pokonać ciążenie, cały tragizm świata puścić kantem i nie dbać o to że się przemija i że się odchodzi. Temu wszystkiemu można sprostać. Wszystko można zagrać i tylko umrzeć naprawdę.
- Niech jedzie, jedzie, dalej, dalej dalej. Jesteś? - rozglądam się niepewnie po twarzach wokół mnie. Chyba go nie ma, nie ma tak jak mógłby być blisko. Ale daleko jest obecny, tak jak tamten człowiek po prawej stronie, z dziwnie zmarszczonym czołem, jakby zamyślony ale nie do końca, jakby łysy ale też jeszcze nie tak na pewno. On się patrzy w bok, za okno, za świat, gdzieś dalej. Albo inny osobnik z czerwonym nosem, nieszczęśliwie odgrodzony od szyby współpasażerem, został prawie całkowicie pozbawiony tej wygodnej wymówki jaką jest spojrzenie za okno. Ale i na to są sposoby, jego spojrzenie błądzi po tyle autobusu, gdzieś kreśli okręgi i wykresy wznoszące się i opadające z równą częstotliwością co koła autobusu na nierównej drodze. Nie próbuje ogniskować wzroku, nie zdradza się ze swoją obecnością, sekretów swoich myśli nie powierza nikomu, bawełnianą czapkę ma naciągniętą prawie że na oczy. Jest jeszcze starsza kobieta z torbą, jest młody chłopak, ubrany kolorowo ale mimo to blady jak cała reszta widowni w tym autobusie. On gdzieś tu jest, nie ma go poza autobusem, poza autobusem nic nie ma. On gdzieś tu jest, gdzieś daleko. - Nie ma Cię, nie ma. Jest jesień, nadchodzi zima.
- Nadchodzi długa, długa zima. Jeszcze chwila i pod ciężką, białą kołdrą wszystkie jesienne liście, te niezgrabione i poszarpane przez pasożyty, zbrązowiałe i zżółkłe wspomnienia po zielonym lecie zamarzną całkiem zapomniane, nie poruszane nawet procesem rozkładu. Wszystkie one zostaną przysypane przez śnieg na długie, długie obumieranie. Wszystkie myśli jakie jeszcze nie wyraziłeś zamarzną w połowie drogi, ogłuchłe nagle słowa będą za szklaną taflą, uwięzione pod pokrywą lodu, oczekiwać wiosny. Albo wiosna nigdy nie nastanie. Zgarbione, skarlałe kontury będą od tej pory w udręczonej pozie przenosić czas, dźwigać go w prężnym wysiłku. Od tej pory każdy bród, ale też każde ciepło, odciśnie się wyraźną plamą na zmarzniętej ziemi, na ośnieżonych dachach, drzewach, ruinach. Ciepłe skarpetki będą próbowały powstrzymać potężny napór chłodnego powietrza, kolorowym wzorem i gęstym ściegiem, będą więziły dobre, ciepłe powietrze żeby zatrzymać presję przestrzeni, przestrzeni bez końca, przestrzeni otwartej, obcej, kosmicznej. Nadchodzi długa, długa zima.
Nie mogę się dobudzić i ciężko mi utrzymać otwarte powieki w tym sennym autobusie. Niejednostajny rytm, który podbija moją głową co jakiś czas, nie odgania zmęczenia ani na chwilę. Trud dnia mnie więzi, choć dzisiaj dzień jak dzień, nie mogę zrozumieć co mnie mogło tak zmęczyć że nie potrafię być świadomy i co parę chwil zapadam w krótką drzemkę, w dziwny trans gdzie rzeczywistość autobusu miesza się z wytworami mojej głowy. Widzę jak ktoś stoi, ktoś czeka i może nawet patrzy na mnie. Tak mi się wydaje gdy z pochyloną głową próbuję przemycić chwilę odpoczynku, ale gdy tylko oprzytomnieję i podniosę wzrok, okazuje się że nikogo nie ma, że jestem w autobusie całkiem sam. Ale nie dziwi mnie ta igraszka wyobraźni, zastanawiam się tylko czy nie prześpię swojego przystanku. Czy gdy znowu poderwę głowę, nie okaże się że zrobiłem kółko i jestem znów w tym samym miejscu z którego wyjechałem. I będę musiał pokornie wyjść z autobusu, z tej ciepłej przystani z powrotem na mróz i pozostanie mi tylko czekać na kolejną szansę, kolejny rejs w stronę domu. Wszystkie moje wysiłki docierania z jednego miejsca w drugie, podróżowania po coś gdzieś, śpieszenia się dokądś, wydają mi się jakąś nierzeczywistą płaszczyzną, obecnością obok, jak ten mój półsen w autobusie. Całe moje życie jest tylko ciągłą podróżą między miejscami, między celami i pragnieniami. Całe moje wysiłki wymierzone są na dotarcie w jakieś miejsce, na osiągnięcia jakichś korzyści, całe moje życie jest jak ta podróż autobusem, obojętna i mimochodem, nieuważna, zawsze nieświadoma. Zapominam o tym że jadę, że żyję i że mija czas, w drodze łatwo zapomnieć że mija czas; mijanie drogi łatwo zastępuje mijanie czasu. Ale czas się nie zatrzymuje. Znów wydawało mi się że ktoś stoi i że wysiada na przystanku, teraz nawet nie wiem czy to było złudzenie, czy naprawdę ktoś był i wysiadł. Może zresztą w ogóle cały czas jeszcze mi się śni, że jestem w autobusie całkiem sam, nikogo nie ma.
- Nadchodzi ciemna, ciemna noc. Arktyczna noc, która trwa pół roku. Pół życia przyjdzie nam marzyć w ciemnościach, na ślepo i po omacku. Przemieszczać się z miejsca w miejsce po zmroku, światło całkiem zostanie pożarte przez długie godziny spędzone za ścianą, w pokoju, przy zlewie, przy stole, przy biurku. Noc kradnie nasze spojrzenia, które rzucane nieostrożnie w zmrok giną i już nigdy do nas nie wracają. Po trochu odbiera nam spokój i pewność, zostawia nam tylko ściany, chorobliwie oświetlone przez zmęczoną żarówkę. Pusty blask ekranów oszukuje pozornym spokojem, ale nie uchroni nas przed prawdą. Nie można się całkiem zasłonić przed ciemnością, ona w końcu wyjdzie z nas samych, wyleje się każdą możliwą luką, zaleje nasze oczy i usta, pobrudzi dłonie. Ciasno opleceni betonem, przewiązani sznurami elektrycznych przewodów nie oderwiemy się od ziemi.
Jest już bardzo późno, a ja z ojcem stoimy na przystanku. Jak rozbitkowie albo uchodźcy z ciemnego, wyludnionego miasta. Stoimy trochę z boku, osobno ale jednak razem z innymi ludźmi czekającymi na autobus. Ojciec trwa niewzruszony, ja się kręcę dookoła, nigdy nie potrafiłem ustać w miejscu. Badam odrapane ogłoszenia, wdycham zapach pokaleczonych i brudnych ścian. Wciągam w cichy mechanizm mojego ciała zimne łyki powietrza. Mój ojciec zanosi się ciężkim, donośnym kaszlem. Jego kaszel wdziera się pod powłokę nocy, na chwilę ożywia wszystkich zgromadzonych, wyostrza przestrzeń, musztruje kontury. Przez chwilę jest czymś nowym, wydaje się jakby miał coś do przekazania i nie bez powodu zwracał teraz na siebie uwagę ostrymi szarpnięciami. Po chwili jednak wszystko staje się jasne, dla mnie dużo wcześniej niż dla innych. Konwencja choroby tłumaczy swoje wybryki, co nie znaczy że nie przeszkadza, pewnie nie jednemu z oczekujących na brzegu miasta rozbitków nie w smak takie kaszle, charki i splunięcia. Ale to bez znaczenia. Bez znaczenia jest choroba, szczególnie dla mnie, przyzwyczaiłem się już. Ojciec wygrał tym razem, pokonał własne płuca, wydarł z ich przepastnych komór flegmę. Wyszarpał ze swojego wnętrza, w wysiłku i z poświęceniem, jakby to był jakiś pilnie strzeżony skarb. A może to nie mój ojciec wygrał, może to ta przestrzeń wygrała, zimna przestrzeń. Mroźne powietrze wpuszczane do płuc pod przebraniem życiodajnego tlenu, zakradło się podstępnie i zaparło się wewnątrz, zastygło i powiedziało mojemu ojcu że nie wyjdzie, że to był już ostatni oddech. Jednak ojciec wygrał, bez wątpienia. Nie przyszedłem jednak pogratulować odniesionego zwycięstwa, nie winszowałem mu triumfu, ta organowa melodia jego płuc, jego niespokojnego oddechu jest jak tło. Nagle wdarcie się wyższego akordu, jest może próbą zwrócenia czyjejś uwagi, ale chyba nie mojej, nie wiem czyjej. Przystanąłem na brzegu drogi, po której obojętnie płynęły samochody, głównie taksówki. Czuć było jakieś szczególne drganie, coś unosiło się w powietrzu. Po chwili doszło mnie charakterystyczne wycie, które zawsze było dla mnie zapowiedzią zbliżającego się autobusu. Swoiste napięcie które czułem już od dłuższego czasu nabierało mocy. Autobus przygotowywał scenę do odegrania swojej roli. Roli obojętnej i bez znaczenia, a jednak każdy z rozbitków poderwie się na chwilę do owacji na stojąco, każdy pokornie się ustawi. Doczekaliśmy się!
- jest w autobusie coś szczególnego, jakaś siła i aura, którą czuć jeszcze zanim on przyjedzie – powiedziałem, trochę ryzykownie bo to mogło zabrzmieć dziwnie, mój ojciec mógł mnie nie zrozumieć, mogło to dla niego być całkiem niezrozumiałe. Liczyłem że późna pora i zmęczenie pozwoli mi na jakiś wybieg, że w razie czego zdołam umknąć – To przez to że autobusy nie ulegają entropii – odpowiedział nie patrząc na mnie – Entropii? - Tak, wszystko wokół ulega entropii, domy, drzewa, ściany, ludzie... wszystko, i tylko autobus nie. - Ale dlaczego? - byłem oszołomiony tą odpowiedzią, to było jak objawienie, jak klucz do tajemnicy odnaleziony za pralką – Bo to są już zabytki – spojrzał na mnie i uśmiechnął się pod nosem – Autobusy w naszym mieście są tak stare, że nie ulegają już entropii.
- Nadchodzi ciężki, ciężki sen. Nocny krajobraz utonął w absurdzie, metaliczne niebo jak na igłach zawisło na ulicznych latarniach. Wisi ciężko jak płachta na której zebrała się woda w opasłych kałużach, jak ciężarna kobieta która czeka tylko momentu rozwiązania, i nie wiem co będzie potem. Ściany zacieśniają się, ktoś wyciąga z nich powietrze i one zaczynają się wybrzuszać do środka, sztywne tylko na krawędziach, które jeszcze się trzymają ale i one w końcu pękną i cały świat wyleje się z formy. Nabrzmiały treścią nie dam już rady uciekać do mniejszych przestrzeni, nie naciągnę już na siebie ciaśniejszego kombinezonu, byle ochronić się przed wzbierającą falą realności. Przychodzi taki moment, że każdy następny schron jest zbyt ciasny i człowiek zaczyna się dusić. Sen zalewa gęstym atramentem obrazy i sekwencje, niektóre sceny zlepiają się ze sobą, tak że już nie da się ich odkleić i nie sposób odgadnąć co było na tej pod spodem. Postacie ze snów mają swoje prawa, wiedzą co robią i ich gra jest bezbłędna. Tym gorzej dla nas, dla których rola nie jest nigdy napisana. Gdy śniłem, zawsze wiedziałem że śnię, poza tymi chwilami gdy nie śnię, wtedy nie jestem do końca pewny.
Autobus zwalnia, wyjeżdża z zakrętu i znowu przyśpiesza. Gdzieś przede mną widzę jak wznoszą się płaskie kolumny bloków. Mont blanc moich myśli, orle gniazda moich marzeń. Ciemność układa na nich mozaiki jasnych punktów. Autobus stał się integralną przestrzenią, znajomym kontynentem którego nie chce się już opuszczać. My wszyscy jak galernicy, siłą swojej woli, siłą schematu i wpojonej nam jedynej słusznej konstrukcji rzeczywistości utrzymujemy autobus w jego konsekwentnej bryle i posuwamy go do przodu. Zawija jeszcze do pustych zatok, do niegościnnych portów gdzie nikt nie wsiada ani nie wysiada. Jednak nie pozostaje na żadnej z nich, nie poprzestaje na tym. Powoli zaczyna prószyć drobny śnieg, przybierający na szybach postać mokrych igiełek. Płyniemy dalej w noc.
Olaf Józefoski
wtorek, 29 listopada 2011
Jesienna podróż przez miasto
Moi Drodzy!
Od dawna zamierzałam już wprowadzić element czysto plastyczny do naszego bloga. Dziś publikuję jedną z bardzo nastrojowych i refleksyjnych prac Olafa Józefoskiego. Poszczególne jej fragmenty przywodzą mi na myśl podróż autobusem w ciemny, zimny, jesienny dzień, kiedy światło i ciepło jest tylko w nas samych, nie ma go na ulicach pomimo świecących ostro latarni i wielkich plansz bilbordów reklamowych.
Mam też propozycję dla wszystkich odwiedzających tego bloga: napiszcie coś na temat pracy Olafa, którą zamieszczam w tym poście. Może to być jednozdaniowa refleksja, wiersz, opowiadanie, dramat, esej, możecie też kogoś zacytować, lub wreszcie możecie zamieścić jakiś inny obraz, który będzie Waszym zdaniem świetnym kontekstem do tego co zrobił Olaf (bakteriezk@gmail.com)
Czemu piszę?
wtorek, 15 listopada 2011
Pudło
Wzięłam stół i postawiłam go tak, że blatem przytulał podłogę, a niezwykle symetrycznymi nogami wbijał się w powietrze. Powiedziałam: „dziś będziesz placem z czterema kolumnami”. Stanęłam pośrodku tego opustoszałego, placu, poczułam się wyższa od najwyższych, poczułam, że jestem, choć nikogo nie ma, doświadczyłam totalnej wolności, a przecież czułam granice, wyznaczane przez cztery równiutkie brzegi i kąty proste, a w każdym zobaczyłam anioła o szacie tak prostej jak graniastosłup, jakby dobry Bóg włożył je w sukienki geometrii, by opiewać prostotę niedekoracyjnej prawdy o przejrzystym, popisowym numerze, który trwa nieraz kilkadziesiąt lat. Mój się właśnie zaczynał. Nie mogę opowiedzieć, na czym dokładnie polegał, bo przysięgłam pamiętać, a pamięć gubi się w słowach, w fabule. Życie jako opowiadanie staje się fikcją, odpływa, odkleja się od nas, autorów. Myślę, że trzeba je łapać, czuć pod stopami, pod sukienką, w bieliźnie. „Pod żadnym pozorem nie wolno Ci opowiadać” - zdawały się mówić do mnie zaczarowane anioły w kształcie wielgaśnych zapałek, bo jeśli zaczniesz to robić, przestaniesz czuć, przestaniesz żyć, staniesz się opowieścią o sobie, nie natomiast sobą.
Kiedy jedną nogą byłam już poza tym placem – wywróconym stołem, roześmiałam się i pomyślałam, że pudło, w którym pomieszkuję, które zajęło ten pokój wraz ze mną, jest tak naprawdę namiotem, daje schronienie, tak jak dawało na łonie natury. Zrozumiałam, że już go nie potrzebuję, mam swoje cztery ściany. Nazajutrz podzieliłam się z pudłem moimi spostrzeżeniami, ale ono tylko zmarszczyło swoje napięte dotąd ciało i powiedziało: „najgorzej jest znaleźć się w sytuacji pod ścianą, kiedy powiedziało się tak dużo słów, że każda następna ich kombinacja jest podobna do poprzedniej."
IzA oChmaN
sobota, 5 listopada 2011
Historyczne spotkanie 4 listopada i jego owoce
***
Idę przez miasto
Przechodzę przez las
Opuszczam czas, mijam wsie
Nie ma mnie
Gdy gotuję, gdy patrzę
Wtedy kiedy się uczę
Oraz gdy pracuję
Kiedy często śpię
brakuje mi siebie
w rosole, w spojrzeniu
w nauce, w kieszeniach
w stole, we wspomnieniach
w szarej tekturze
i w erotycznym śnie
nie ma mnie.
Olaf Józefoski
***
zamarza w zimie. To akurat widziałem.
A co z bocianami?
Tu
Operator Nabla
***
Metalowy Prostokącie
odnajdź dowolność
możesz zbliżyć się do siebie brzegami
Zmierzyć linijką zamyślenie
Lecz ty ciągle nie potrafisz
wypaść ze swej formy
i biec przez ogród kształtów
porwać okrąg do tańca
i stać się na moment okręgiem
Iza oChmaN
***
odnajdź stróża w tym pokoju
na czarnym tle
z wytrzeszczonymi, żółtymi zębami
co zaraz kogoś zje
Agnieszka Kilisz - Gruszka
wtorek, 25 października 2011
Gra w cymbała
Zgryz opon na asfalcie
gra w cymbała
przecież w Tobie jest już wszystko
metalowy brzęk
echo
szmery skradającego się po organizmie serca
Tropisz jak kot małe zalążki zdrad
a tymczasem wystarczy słuchanie
niemyślące, bezczelne, nagie
ograbione z widzenia
Coraz bardziej blady naprężasz się w ciszę
i futrujesz rozszalałą intuicję
a przecież świat i bez twojego futra
ma dość futrzastości - przebieranej ciszy
teatralnie niedogranej
Uderz suchym pazurem w chodnik
uderz wilgotną powieką w metalową łyżeczkę
uderz brudną ścierką w stół
zamrugaj najgłośniej jak potrafisz
postukaj ziarenkiem kawy w ziarenko ryżu
W tej świętej wypolerownej skośnej twarzy drzemie rozpacz
naucz się ją rozpakowywać
jak prezent od świętego Ildefonsa, który nigdy nikomu nie przysłał prezentu
ale dziś Tobie go wręcza
za pośrednictwem Poczty Polskiej
jest to małe drewniane wiaderko
wypełnione po brzegi
akustycznym wdziękiem
wtorek, 18 października 2011
Ślub
Odpowiedź i szczęście
IzA OchMan
piątek, 7 października 2011
On i Ona
się szafie bez uchwytów.
Była czarna, w torsie nieco go uciskała, kokieteryjnie zwężając się ku dołowi, zasłaniała niewielki odcinek łydki, a z tyłu miała coś w rodzaju trenu. Z założenia miał włóczyć się po podłodze, sprawiając, że kobieca sylwetka zdawała się łączyć z ziemią, głaskać ją i tulić każdym posunięciem. Właściwie nie wiadomo dlaczego ślubne, ciągnące się przez wiele metrów treny są postrzegane jako odświętne, oto przecież kobieta staje się w pewnym sensie upadła, łączy się ze swoim niskimi pobudkami i zamiata sobą świat - cokolwiek mogłoby to znaczyć. Na szczęście na nim suknia leżała nieco inaczej, chyba za sprawą tego, że był od Niej sporo wyższy. Tren wisiał komediancko jak ogon i można by pomyśleć, że za chwilę zacznie się naszpikowane żartami przedstawienie z kotem - kotką w roli głównej. Tylko aktor stał pośrodku sceny śmiertelnie poważny. Chwilę później wziął do ręki puszystą gąbeczkę, zanurzył ją w złotej, misternie zdobionej pudernicy i rozpoczął "budowanie siebie od nowa" - jak to nazywał w myślach. On, pan architekt, wreszcie zdawało mu się, że buduje naprawdę, całe poprzednie życie było tylko rozsądnie skrojonym planem, suchym schematem. Tymczasem największą frajdę sprawia bycie budowniczym, kiedy się kładzie cegła po cegle własnymi rękami, wtedy wie się na pewno, że dom powstaje naprawdę. Zaprojektowane przez niego domy były w pewnym sensie nierealne, projekt odbiegał od gotowego budynku na odległość mniej więcej taką, jaka dzieli ziemię od księżyca.
Z twarzy na suknię osypywały się świetliste drobiny jasno beżowego pudru, oczy miał skupione, śmiejące się - już teraz, a policzki świeciły odbitym od lampy światłem. Cicho i delikatnie, jakby robił coś bardzo przyjemnego, ale zakazanego wziął teraz ze stolika błyszczyk do ust w kolorze dojrzałej brzoskwini. A ruch jego ręki mógłby do prawdy przypominać moment kiedy Adam odbiera jabłko z gładkich, smukłych dłoni Ewy. Tu i tu ręka jakby lekko spocona, drżąca - nie wiadomo czy z radości, czy ze strachu.
Kiedy był już gotowy, podszedł do okna i zdecydowanym szarpnięciem odsłonił obydwie naraz ciężkie zasłony. Na dworze było ciemno, dachy domów wydawały się zjeżdżać coraz niżej, świat był cmentarzem, na którym ludzie co wieczór i co rano chowają się już za życia.
IzA oChmaN
środa, 5 października 2011
Z Twoją prezentacją Olaf dodawanie obrazów stało się proste
poniedziałek, 3 października 2011
czwartek, 29 września 2011
Zjeżdżalnia
iZa ochmaN
poniedziałek, 26 września 2011
że już się nie kochamy
wzór powleka cztery płaskie ściany
falowane pasma schodzą się niedbale
szale w szafie śpią
To kara
oklejam taśmą ściany
nie chcę słyszeć jak mówią
ściszonym głosem
telewizorowo
Otwierasz lampę
z klosza, prosto w twoją twarz
uderza mucha
ocierasz policzek rękawem koszuli
przeklinasz pod nosem
prawie niesłyszalnie
Pozapalane okna komunikują się
między sobą
jak znicze z sąsiednich grobów
Żyjemy jak na linie
tylko wciąż nam się wydaje, że wokół jest mnóstwo przestrzeni
piątek, 5 sierpnia 2011
w zagryzionych wargach
zimny odprysk
farby
Skandynawia nie ma jasnych granic
niektórzy włączają do niej nawet Litwę
w rozmowach też targamy na strzępy znaczenia
jak geograficzne granice
Kawiarnie
ciekną wodą
szumią rozmową
z czajników
wyciekają małe
porcelanowe
lalki – filiżanki
Nadal się nimi bawimy
Kiedy skończy się dzieciństwo?
Jesteśmy dziećmi dobrego Boga
i zapominamy nieraz butów do szkoły
na zmianę
ale po co nam buty?
Przecież wiadomo, że szewc bez butów chodzi
Wszyscy jesteśmy szewcami własnego losu.
Przepraszam, pomyliło mi się
Kowalami
poniedziałek, 1 sierpnia 2011
wiersz pt. pieśń o nieuleczalnie chorych Arkadiusza Kwaczka
tak jak matka i ojciec nie poznali się we mnie
wybacz wszystkim, którzy nauczyli się chodzić
i odeszli bez słowa, pozostawiając klątwę
nie zapomnij, że przybity do łóżka jak do krzyża
nie przyszedłem na świat, ale mnie w nim ułożono
to moje misterium, Panie, gdzie lekarze
grają zimne role. nikt się nie uśmiecha i nie przynosi
dobrej nowiny, a jednak wciąż powtarzają: będzie dobrze
synku, jakby Matka Boża Nieustającej Pomocy zstąpiła
w ich ciała i objęła mnie lewym ramieniem
Panie, zrobiłem już prawie wszystko: nauczyłem się
tęsknić, modlić i przepraszać, dlatego błagam przyjdź
i zamień białe ściany w wiatr, a okna w horyzont
poniedziałek, 18 lipca 2011
Cafe "Poezja"
w kawiarnianej karuzeli urywają się zdania
w najciekawszym punkcie
od przecinka do przecinka moje ciało waży mniej niż myśli,
tylko dłonie ciążą
od brudu liter zegarka i sygnetu. całkiem zbytkownie
w prywatnej pustyni o smaku wczorajszego dnia
i nawet tu nie przynależę
choćby w większości zwykłej
w szaliku i czapce a la Galliano
żeby mnie nie wiedzieli
ale żeby się dziwili
ale nikt nie patrzy
Głodny umysł
gdybym tylko nie bał się pisać
nie byłoby takiej filharmonii której nie zapełniłaby do ostatnich krańcowości elektryka mojego geniuszu jak powietrze odbite od plastyki ruchów pierwszego tancerza Andaluzji o oliwkowej skórze bez koszuli
każdy balet nosiłby pontyfikalnie z miną urwisa sygnaturkę mojej obsługi
prawno-choreograficznej. ta!
trwałość liter twardych w sens jak egipskie piramidy Majów. ta!
ultraintrospektywna maszyneria gorejąca w oszałamiających refleksjach mojego bezprzykładnego „ja”
wije się lecz nie łamie myli się i kosztuje. gdybym nie bał się pisać, roztopiłbym się
na wylot przy maniakalno-depresyjnym blasku własnej pankreatywności
w tanecznym przerysowaniu
cyrkowego makijażu z uśmiechem jak banan
w zatrzymaniu na szczegółach
jak baletmistrz po piruecie
mistycznie
jak malarz między deseniami khaki z pędzlem w pół drogi
w obłędnym pędzie pośród ciszy
ku zarżnięciu makrogospodarczych mocy przerobowych wciąż głodnego umysłu
o tak! hucznie i na protest mnie
taką (sam) sobie muzykę tworzę
między słowami
dokonuje starannie interpretacji mojego geniuszu
przed lustrem z na w pół ogoloną twarzą bo każdy kęs
wydłuża drogę do dna kompleksu niższości
nawet gdybym mniej bał się pisać
21 lutego
Miałem dziś pył z Twoich oczu
dwa lata po
ale na żywo. w ciasnej kawiarni bardzo passé
zastygł mi ciepło smsem w pamięci sim
nie formowaliśmy już razem wosku świeczki
powiedziałaś by zostawić jak jest
choć w menu na bardziej smakował nam deser
„szatański urok”
niż „czekoladowy morał”
21 lutego 2011, KRK
Muszle i motyle
(U dna nieba dotykam ziemi)
zamaszyście skamieniały motyl wykluwa się z oka
muszli spiralnie na okrętkę. kolorowe wariactwo
łypie systematycznie jak eksponat wypolerowany
w podziemnych czaszach muzeum rzeczy małych. artystów
nie stać
siedzę z kolanami pod brodą. pod dostatkiem
historii. wytarły się schody. wypiekają się wspomnienia
na lata szpilką przetrącone za grzbiet do duszy.
u dna nieba dotykam ziemi
by się nie poparzyć na popiół. zwyczajne bhp
w kategoriach jurydycznych. toczy się bieżący
zarząd rzeczy małych od słowa przez tacę
do Boga. na amen. słyszę jak wskazówki w poczekalni
wybijają mi rytm
z głowy. słyszę gdy modlą się owady
a biżuteria świeci po oczach odbitym blaskiem
właściciela. zawsze. monety wytracają się przez dziury
w pomysłach.
choreografia zegarka strzela mi na głos w koła
koncentryczne rytmem. spiralnie w ciało na okrętkę
jak pocisk trafnej teorii sztuki dla mas. wiersze są z liter.
kwiaty z bibuły. mam nawet portret cienia.
a jeśli Bóg narysował nas
miękkim ołówkiem? tylko że na pięciolinii
nikt tego nie usłyszy. gdy motyl dźwiga piękno
na skrzydłach drży wariactwo barwne od wspomnień
przez mózg do pięt. i wytarło się od szukania
pomysłu. ostatni egzamin nadejdzie boso
w kategoriach historycznych.
Kraków, 29.4.2009,
Lambrekin
piątek, 1 lipca 2011
Poezja się brudzi
Witam. Wiersz inspirowany trochę tym (Egon Bondy) i trochę tamtym (rozmowy, rozmowy i bakteryjne wiersze).
"Na trávníku je tráva
a na nebi jsou voblaky"
Egon Bondy
Poezja się nudzi
Na trawniku jest trawa
A na niebie są obłoki
To jest tylko zabawa
A my to obiboki
Kwiaty są by kwitnąć
Zupa jest żeby zjeść
Bańka żeby prysnąć
Nie próbuj sensu pleść
Nie gotuj słów O! Ach!
Nie smaż Wenus z milo
Nie tnij zdań ciach ciach
Nie doprawiaj znaczeń kilo
Bo poezja jest dla szynki
O, szynko ma! Szyneczko!
Bez Ciebie byłbym cinki
Jak od słoika wieczko
Poezja się nie trudzi
Bo poezja jest dla ludzi
wtorek, 28 czerwca 2011
Kwadrat i dziura
klawiszy
Potem zapadam się w czerwony kwadrat łóżka
Okna mojego domu lśnią co rano jak jasne kwadraty ze szkła
Choć przecież wiem, że nie pod taką osłoną mama chowała cukierki
Tamta była kryształowa
różnicą jest nieprzejrzystość
ale co w takim razie rzec o materacu
przecież nie mogę przez niego spojrzeć
no chyba że wydrążę dziurę
ale żeby przez nią przejść
trzeba być duszkiem Kacprem albo Chrystusem
Mój mąż mnie zawsze poprawia, że Chrystus nie przechodził przez żadne dziury, dziurki od klucza
a ja wierzę, że Bóg wybierze miejsce wybrakowane
że tam gdzie jest wszystkiego pełno nie potrzeba już Boga
niestety tak jest z materacem
nie posiada póki co ubytków
stąd właściwie w łóżku sił nadprzyrodzonych nie wzywamy
choć czasem mam wrażenie że one po prostu są wszędzie
w wyrównanej ilości
nie w tak nadprogramowej jak wtedy, kiedy Chrystus (mimo drzwi zamkniętych, a nie przez żadną dziurkę od klucza) wszedł, by przekonywać niewiernego Tomasza o swoim istnieniu
Przez okna spoglądam na obszerny placyk i jeżdżące po nim samochody dostawcze
okno to nie tylko oko, ale i brak
brak w murze domu
czyli dziura
Słyszy się czasem, ostatnio coraz rzadziej (bo wszyscy szukają)
o szukaniu dziury w całym
ale ja nie szukam
a znajduję
Nawet między klawiszami jest mnóstwo wolnej przestrzeni
choć wydawałoby się, że tak gęsto pokrywają klawiaturę
kiedy do mnie mówisz
napychasz powietrze strzelającymi balonami słów
ale nie widzisz tego że w szczelinach
siedzą zamyślone cząsteczki ciszy
na przykład w szczelinie Twoich niedomkniętych ust
zresztą one zawsze są niedomknięte
jak te drzwi, przez które przeszedł Bóg
choć upiera się ewangelista i powtarza dwa razy, że były zamknięte
ale co znaczy zamknąć i otworzyć
przecież wszystko jest poniekąd otwarte, poniekąd zamknięte.
Nawet kwadrat choć ramionami nieprzychylny
pozwala ci wpisać w niego koło
albo serce
albo drzwi
albo nic nie wpisywać
Iza Ochman
poniedziałek, 27 czerwca 2011
Wiersz pt. studnia Arkadiusza Kwaczka
studnia
Karolowi Samselowi
jak głęboka jest twoja wiara? moja sięga od języka
aż do krzyża - tak głęboko, że nie usłyszałbyś
jak kamień odbija się od kości i zalega w brzuchu
nic niewarte jest jego milczenie. został wrzucony
do studni, aby oswoiła go ciemność. już nikt
nie spyta komu służył ani jaką miał siłę sprawczą
więc jest kamieniem wierzących - tak jakby wskrzeszał
ogień i sprowadzał deszcz. nie boję się erozji
poproszę o wstawiennictwo Świętego Floriana
niech uchroni od pożarów i wymodli brzegi niezagrożone
oceanicznymi falami. osiądę tam i zasadzę las z drzew cyprysowych
wybuduję skrzynię, która posłuży za Arkę albo za trumnę
czwartek, 16 czerwca 2011
Paul Gauguin ma zaszczyt zaprosić państwa...

Obraz który widzisz to "manao tupapau" czyli "Duch zmarłych czuwa" autorstwa Paula Gauguina (źródło: http://fineartamerica.com), jednego z najwybitniejszych malarzy który odegrał znaczącą rolę w kształtowaniu się współczesnego malarstwa. Tyle o nim. Szukając inspiracji w tym obrazie napisałem na ostatnich zajęciach pewien dialog liryczny. Gauguin w jednym ze swoich listów zwracał uwagę na strach czy też obawę która czai się w oczach dziewczyny leżącej na łóżku, jakimś motorem tego uczucia ma być owy "duch zmarłych" który czuwa w nogach łóżka. Ja inaczej odczytałem strach w oczach młodej dziewczyny i stąd powstał ten utwór:
niedziela, 12 czerwca 2011
Moje małe rozdrobnienie feudalne
I pam pam, puk puk
Ti Ti, ta Ti, ta
Przysięgam
Ło Matko Boska
Śledziona jest obok mostka
A może przebywa w stopie
Może razem ze stopą kopie
Serce, biedne, spocone śmierdzi
Tuż przy kolanie swędzi
Ciągle je drapię i drapię
Drapię jak potrafię
Drapię aż przyłapię
Swoje dłonie na gorącym uczynku
Nie wiem gdzie są
W zakamarkach pleców
Czy zawędrowały z próżnego wysiłku
Do Pachy Jamy
Ja sam, Ja Pcham, Ja Wam
Bez Mamy Psa i Taty
Rozebrany
sobota, 30 kwietnia 2011
Mistrz Zen
Mistrz Zen upewniwszy się
że nie jest obserwowany
uklęka przy brzegu
zrzuca z ramion szorstki mir
i na czworaka po psiemu
moczy koniuszek języka
w upływającej tafli
Mistrz zen w odosobnieniu
unika stojącej wody
środa, 20 kwietnia 2011
jutro o g. 13.00
A wracając do tematu: spotykamy się jutro o g. 13.00 nie na Rymarskiej żeby było ciekawej, ale w przed wejściem do Centrum Kultury Katowice - zobaczymy tam bieżące wystawy i pojedziemy na Nikiszowiec.
Iza Ochman
czwartek, 7 kwietnia 2011
prosta prostota z ciążącym zakrzywieniem
kosmologia i człowiek, kosmos w człowieku, człowiek w kosmosie...
* * *
bezdech
cień
w jądrze komety
zasnuwa
oczy drżą
i tylko prosta tak po prostu
lekko
biec może w nieskończoność
hipotetycznie nie podlega ciążeniu
które zakrzywia czasoprzestrzeń
i ludzi
Renata Batko
sobota, 2 kwietnia 2011
Piosenka sukienka
Witam. Wiersz poniżej blisko związany z warsztatami ponieważ powstał w związku z jednym ćwiczeniem które zaplanowała dla nas Iza. Zadanie polegało na tym, żeby w szkielet na który składało się parę przypadkowo wymyślonych słów ustawionych w różnych miejscach na kartce wpleść swój tekst, tak, żeby powstała jakaś całość. Wszystkie słowa, które Iza zasugerowała, pogrubiłem, reszta to moja i mojej wiosny inwencja.
***
Piosenka sukienka (Piosenka na rękach)
Głodny chłodny blaszany język nie wypowie jak
Wiosna z pomarańczy
Przychodzi w mój dom.
Czerwona rzodkiewka, truskawki i paź królowej.
Miłość wybaczy mi że ja
Jak głupek w to wątpiłem.
Czas już więc Orfeuszu. Zanim odejdziemy
Oczy jasne od zieleni, skóra nabiera promieni
Kawa i skowronki poziomki dziewczyny maliny i zabawa
Las soczyście śniadanie liście, za kwiatami doznanie
Koniki te małe niewinne, osoby niebieskie dziecinne
Chłodny kompot ze śliwek, aleja pełna huśtawek.
Dzióbki surówki butki robótki wódki SZAST PRAST!
Pachnący pachnący pachnący pachnący pachnący
Niosący kojący niekończący kochający brat świat
Okropne stokrotne zachwyty nad biedronką i burze gruszek
Cudowne schody które omijają przeszkody
Słabe uśmiechy tych co żyją przez chwile
Piękne uśmiechy tych co żyją tylko jedną wiosnę
Mój zdrój, rój rozkoszy, krój kaloszy
Ogród pełen codziennych ścieżek
sobota, 26 marca 2011
IN MEMORIAM
Zmarła Anna Kajtochowa, cudowny Człowiek, niezwykle wrażliwa i mądra Osoba, POETKA duszą i sercem.
O miłości napisała tak:
* * *
Według mnie miłość
jest łzą sosny
zastygłą w okruchu bursztynu
tyle w niej słońca
i taki bezmiar trwania
Jak znaleźć bursztyn
w piasku codzienności
aby go rozgrzać
ciepłem naszych dłoni
http://kajtochowa.prv.pl/
Renata
wtorek, 22 marca 2011
piątek, 11 marca 2011
Wstęp do defloracji
Wytrącanie się światła
Chociaż ciągle czuję cień
na powiekach i w kącikach ust
miewam stany rozjaśnienia
Przyjdź
zostawiłam uchylone drzwi
a w oknie lampkę wina
gdybyś chciał zabłądzić
Przyjdź
i tylko usiądź pod numerem piątym
czy też zaczekaj na dole
albo przy kiosku ulicę stąd
Sama wplączę w swoje włosy
twoje palce
złożę szept
pocałunek
twój dotyk
z mojego
przy zamknięciu oczu
Przyjdź
i bądź cierpliwy
marlena
poniedziałek, 7 marca 2011
Metamorfoza nr katalogowy 20132
I całuj, szeptaj, kochaj i dotykaj
Zabierz
I pozostaw
Wiesz
Przyszedłeś, spełniłeś
obudziłam się
czwartek, 3 marca 2011
bezraj (zabawa ze słowem i coś jeszcze)
apolityczna być nie mogę
moja apolityczność byłaby zagrożona przez tych
którzy bardzo politycznie
chca w tej polityce zaistnieć
oni rozdają karty
dobrym wistem mogą dużo ugrać
kontrą zaskoczyć
porozumienia zawierają tylko krótkotrwałe
tak wygrywają partię
wygrywają w partii?
wygrywają na arenie partyjnej?
szukam dla siebie przestrzeni
w bezraju pełnym polityki
:)
Renata
niedziela, 27 lutego 2011
Szeptaj do mnie po rosyjsku
Do dzieła, oto wiersze Moniki, której nazwiska nie znam:
"Zawsze chowałam swą twarz
Ale teraz nadszedł mój czas
Spójrzcie to ja
Tak to ja
Siłę mam
I wierzę w spełnienie moich marzeń"
"Przyjdź do mnie dziś
I całuj, szeptaj, kochaj i dotykaj
Zabierz mnie do nieba i gwiazd
I pozostaw bez tchu
Wiesz, że tego pragnę
Przyszedłeś, spełniłeś marzenia
A ja obudziłam się
Niestety to był tylko sen"
poniedziałek, 21 lutego 2011
Taka parafraza, by wybić z myślowych kolein
niedziela, 20 lutego 2011
Tradycyjnie znowu do lingiwstycznego wybryku Olafa
niedziela, 13 lutego 2011
Kokolejna wersja wiersza, wersja "konsumencka"
wtorek, 8 lutego 2011
Kolejne wcielenie wiersza (wersja Agaty)
Za dużo Drzwi
Więc brak Drzwi
Brak Wyjść
Wyjścia Brak
Wyjście Ewakuacyjne
Gdzie
Jak patrzą na nas
Z powątpiewaniem
Drzwi, których nie ma
które otwieramy
które wyważamy
obchodzimy i omijamy
Bo jest Klamka
Więc nie ma Drzwi
Ale jest światło
Światło jest Obok
Popchnij je lekko
I otwórz
poniedziałek, 7 lutego 2011
niedziela, 6 lutego 2011
Najwyższy Konduktor i cyrkowa lalka
Opukiwałem
Drzwi
suchą dłonią
liczniki podsłuchiwałem
Albo one mnie?
Klamki czyściłem maścią jodłową
Słychać
To jedzie On
Najwyższy Konduktor
Ma tabliczkę z nazwiskiem
Zaraz, zaraz
Tam pisze...
Niedowidzę
Teraz jaśniej!
Skonieżwal Uprawiaz
To jednak niejasne...
choć jaśniejsze
niż przed minutą
Zajechał czymś jakby lokomotywą?
Pomrugał lepkimi oczami
Zawrócił
i pognał dalej na tej swojej maszynie...
Już wiem! Była to ogromna maszyna krawiecka
Ciągnęły się za nim zwisy ponurych szmat i sukien
tak smutnych
jak oczy królewny, której królewicza właśnie rozjechało
Na światłach
Na skrzyżowaniu Jemnej Jianya i Ciazszyta Puara
Po bokach pojazdu osuwały się smętnie
na skurzoną podłogę
bałaganiarskie kokardki krawieckie i wstążki byle jakie
Na moment zabłyszczały nożyce
ale takie jakieś ogrodowe
jakby mniej po tym szmacianym fachu
niż cała reszta
Z wielkiego pudła wyskoczyła
Zuzia
Lalka Nieduża
A na dodatek
miała twarz potwora,
choć jednak tkwiły w niej iskierki
mongolskiego piękna
Wołała do Konduktora
Skonieżwala
jedź, jedź, jeźdź!
A on pod nosem seplenił swoim matowym i jakby zakneblowanym
nićmi
głosem: "kacje, racje, racje, gacje"
i dodawał pędu rozgrzanej maszynie
naciskając dziwaczne przyciski
i kręcąc zamaszyście kołami
świata
Najwyższy Konduktor robił to wszystko
z taką dozą magii
jakby otwierał pudełko ze światłem
Ale kiedy już je do końca otworzył
tam sterczała tylko cyrkowa lalka na sprężynie
jakaś taka falliczna i wydumana
środa, 2 lutego 2011
Pby!
W pustą noc, gdy księżyc
snuje myśli o morderstwie
Gwiazdy są tylko plamami na suficie
Życie jest pęknięciem w ścianie
Tak jak miłość, piękno i łzy
ja czekam Pby!
O, gdybym raz brntn!
być może zapomniałbym zemsty
Tylko wiedzieć że nmrk.
Ty wiesz, Boże.
Nie chciałbym bym już nic więcej
Świateł i światów korowody
nad nimi drz
Otchłani ciemne jelita
gdz, gdz, gdz...
Słodka nędzo, gorzkie pragnienie
By twrz wznieść ponad gniew podeptany
By moc złączyć z bjtn i żyć, żyć!
Ale to tyle co plam na suficie sny
Gdy nie ma Pby...
wtorek, 1 lutego 2011
Co się wydarza za drzwiami?
Ciało można jeść
Niezwykłość połączenia z Bogiem jak u świętego Jana
- ijany
- pusta
niedziela, 30 stycznia 2011
gdzie Znaleźć te drzwi które trochę światła wpuszczą
nie szukać Klamki
szukać Schodów
nie skok w dal
WYJŚCIA
kolejne przejścia, szare, puste, obojętne. Zaskoczenie ich udziałem gdy je mijamy
Próby!
Wejdź lub nie i wyjdź
a potem Wejdź
Niezdecydowanie
i OTWÓRZ światło.
Nie bój się
gdy Drzwi są otwarte
A zresztą: BÓJ SIĘ
i Popchnij lekko klamkę
Komentarz do wiersza piętro niżej
Piszę celowo tutaj, a nie w komentarzach, żeby wszyscy wiedzieli, że wiersz ten jest twórczą odpowiedzią Olafa na moją inspirację, że jest rodzajem rozmowy między nami, ale takiej dziwnej, w której ja wypowiadam się pojedynczymi słowami, a Olaf przypieczętowuje ich znaczenie i przymyka mi usta. Ciekawe Olaf jakby to było gdyby ja teraz zabrała się za dorabianie ciągu dalszego do Twojego wiersza?
Owoce współpracy
Drzwi czarne, wycieraczki ciemne, tabliczki z nazwiskiem brunatne i numerki nie jasne
gdzie Znaleźć te drzwi które światła wpuszczą ?!
nie szukać Klamki
szukać Schody, ale gdy bez ruch, bo to nie spacer wzwyż.
ani skok w dal i nie WEJŚCIA
ale WYJŚCIA pragniemy!
kolejne przejścia, szare, puste, obojętne. Zaskoczenie ich udziałem gdy je mijamy
a my Próby!
Próby naszych ojców
Próby naszym życiem. Wejdź lub nie i wyjdź
a potem Wejdź
i OTWÓRZ światło.
Nie bój się
gdy Drzwi są otwarte
bój się
i Popchnij lekko klamkę
poniedziałek, 10 stycznia 2011
Gdy paliło się getto...
Niewątpliwie, co zresztą bardzo pięknie podpowiada nam opowiadanie, dusza (bogata i wypielęgnowana, dzika jak ogród botaniczny, nieugrutowana, utreściowiona, rozległa, acz zaczepiona o Boga) mogłaby uratować życie tego człowieka, które niszczone konsekwentnie przez siły zewnętrzne jest jednak najbardziej degradowane od środka i to nie przez chorobę psychiczną, zaburzenia pamięci, ale przez brak jakiegokolwiek życia duchowego, przez lęk i wizje z przeszłości upiornie zmiksowane i w tym kształcie niestety nad wyraz prawdziwe.
"Ze wszystkiego, co powinna pamiętać, dusza pamięta tylko słowa księdza Worochowskiego, katechety z kościoła Świętego Krzyża, który w roku 1943, gdy paliło się getto, krzyczał z barokowej ambony, że wszyscy chłopcy, którzy nieprzystojnie bawią się sobą pod kołdrą, trafią do rozżarzonego krematorium piekła"(cyt. jak wyżej)
Iza Ochman