poniedziałek, 26 grudnia 2011

Jestem zbudowana z kartonu

jestem zbudowana z kartonu
nożykiem przecinam swoją głowę na pół
dwie półkule rozchodzą się na boki
niecierpliwy chirurg wyrywa mi skalpel
i wycina na brzuchu kratkę
ze swoją pielęgniarką grają w kółko i krzyżyk
a ja z rozwaloną czaszką leżę
próbuję poskładać myśli
rozrzucone na podłodze, układam jak puzzle...
a potem gram w kości z psychiatrą
o lewą półkulę- nie będzie mi już potrzebna
a jednak wygrałam- mam szczęście do gier
nagrodą jest bilet do fabryki papieru
jestem otoczona papierem
wczoraj śnił mi się karton po mleku
który gonił mnie i chciał coś powiedzieć
ale ja wolałam nie wiedzieć...nie pamiętać
że zamieniłam się w karton w 3 klasie podstawówki
kałuże i lustra pamiętają...

Dom- nie to nie dom

w tym domu jest bardzo ciepło
na parapecie zawsze więdną kwiaty
nie to nie kwiaty, ktoś zasadził serce
i wysuszone przedrzeźnia niedożywione liście

w tym domu jest bardzo duszno
ona nigdy nie otwiera okien
woli trzymać powietrze w piwnicy
a w pokoju dusić się powoli

w tym domu jest bardzo natrętnie
pijane muchy wlatują nie wiadomo skąd
i siadają gdzie popadnie
nie to nie muchy, to insekty szczęścia
uczepiają się chwili aby usiąść na niej
i nasycić się przystankiem w drodze donikąd

miałam wiele szczęścia
w tym domu uśmiechu przebywałam jak spóźniony turysta
dostałam zupy i chleba i chodź duszno
chociaż słabo, chodź natrętne muchy-nie muchy
błądziły i wkradały się w zakamarki moich tajemnic
cieszę się i mam wysuszone listki roślin pod poduszką
i cały słoik powietrza z piwnicy-ukradłam go i nie oddam.

czwartek, 1 grudnia 2011

Epilog

Opowiadanie jest po części inspirowane obrazkiem który zamieściła w poprzednim poście Iza.

***

Epilog

Pejzaż za szybą autobusu szarzeje i rozmywa się w monotonnym ruchu. Domy, budynki, ludzkie i nieludzkie ścieżki plecione niewidzialną ręką wraz z mijanymi metrami. Przesuwający się krajobraz jest mniej znany niż być powinien, wybiórczy, jakby to był obraz wyszyty na materiale nakręconym na szpule olbrzymiej taśmy i przeciąganym mechaniczną siłą gdzieś między szybami. Ciemny, ciemny świat, nierealny, niedzisiejszy jak ze snu. Rzeczywistość przymarza do szyby, staje się mało plastyczna i w każdej chwili może popękać jak stara, wysuszona skóra. Niebezpieczny świat z tektury i chińskiego atramentu, każdy krok tam musi być zagrożony upadkiem w otchłań która czai się gdzieś za płaszczyznami i konturami. Jak w grach komputerowych, cienka dawka imitującej rzeczywistość grafiki a pod spodem nieludzka próżnia jedynek i zer. W takich grach, wystarczy jakiś niestandardowy ruch, ucieczka z nurtu fabuły gdzieś w bok żeby się przekonać jak płaski i ograniczony jest obraz, a my jesteśmy więźniami tylko tej przestrzeni, która została dla nas z góry przewidziana. Nic nie możemy zrobić, czego by wcześniej nie zaprogramowano. Zimne dotknięcie szyby jak impuls przewodzi po ciele idee obecności w prawdziwym świecie.

Autobus musi mnie nad tym wszystkim przewieźć, musi w swojej ciasnej przestrzeni zamknąć się zupełnie, zrównać pola i krawędzie, żebym to wszystko bez szwanku pominął. Ja wiem, że to nie jest łatwe, że integralność autobusu została nadwyrężona przez ciągłe kolizje, przez tarcia pomiędzy pewną i stałą rzeczywistością świata a ulotną, nawlekaną powoli przez drżącą dłoń rzeczywistością ludzi w środku. Rzeczywistością zwalistych ciał, pochylonych głów i utkwionych w pustce spojrzeń. Lata beznadziejnych wysiłków podziurawiły karoserię autobusu. Zimno świata które wpada tutaj tymi lukami, ustawicznie wypychane przez obłoki pary z ust, nie daje za wygraną i przypomina nam gdzie jesteśmy. Dziury, dziurki, dziureczki w fotelach, w uszczelce przy oknie, w gumie, w zimowym płaszczu przypominają że ta walka, żeby przenieść i przejść czas, pominąć przemijanie w pośpiechu, ta walka trwa od lat. I udaje się zwyciężyć, udaje się połączyć ze sobą chwile, godziny, dni i lata. Udaje się złączyć wieczory z porankami, zrównać w pewną całość wszystkie dni tygodnia od poniedziałku do niedzieli, zapakować wszystko i przewiązać ciasno sznurkiem, na koniec zakopać w ziemi. Ta prawda zawarta jest w spojrzeniu starych autobusów, w mowie zurbanizowanych przestrzeni, to się wciąż udaje, pokonać ciążenie, cały tragizm świata puścić kantem i nie dbać o to że się przemija i że się odchodzi. Temu wszystkiemu można sprostać. Wszystko można zagrać i tylko umrzeć naprawdę.

- Niech jedzie, jedzie, dalej, dalej dalej. Jesteś? - rozglądam się niepewnie po twarzach wokół mnie. Chyba go nie ma, nie ma tak jak mógłby być blisko. Ale daleko jest obecny, tak jak tamten człowiek po prawej stronie, z dziwnie zmarszczonym czołem, jakby zamyślony ale nie do końca, jakby łysy ale też jeszcze nie tak na pewno. On się patrzy w bok, za okno, za świat, gdzieś dalej. Albo inny osobnik z czerwonym nosem, nieszczęśliwie odgrodzony od szyby współpasażerem, został prawie całkowicie pozbawiony tej wygodnej wymówki jaką jest spojrzenie za okno. Ale i na to są sposoby, jego spojrzenie błądzi po tyle autobusu, gdzieś kreśli okręgi i wykresy wznoszące się i opadające z równą częstotliwością co koła autobusu na nierównej drodze. Nie próbuje ogniskować wzroku, nie zdradza się ze swoją obecnością, sekretów swoich myśli nie powierza nikomu, bawełnianą czapkę ma naciągniętą prawie że na oczy. Jest jeszcze starsza kobieta z torbą, jest młody chłopak, ubrany kolorowo ale mimo to blady jak cała reszta widowni w tym autobusie. On gdzieś tu jest, nie ma go poza autobusem, poza autobusem nic nie ma. On gdzieś tu jest, gdzieś daleko. - Nie ma Cię, nie ma. Jest jesień, nadchodzi zima.

- Nadchodzi długa, długa zima. Jeszcze chwila i pod ciężką, białą kołdrą wszystkie jesienne liście, te niezgrabione i poszarpane przez pasożyty, zbrązowiałe i zżółkłe wspomnienia po zielonym lecie zamarzną całkiem zapomniane, nie poruszane nawet procesem rozkładu. Wszystkie one zostaną przysypane przez śnieg na długie, długie obumieranie. Wszystkie myśli jakie jeszcze nie wyraziłeś zamarzną w połowie drogi, ogłuchłe nagle słowa będą za szklaną taflą, uwięzione pod pokrywą lodu, oczekiwać wiosny. Albo wiosna nigdy nie nastanie. Zgarbione, skarlałe kontury będą od tej pory w udręczonej pozie przenosić czas, dźwigać go w prężnym wysiłku. Od tej pory każdy bród, ale też każde ciepło, odciśnie się wyraźną plamą na zmarzniętej ziemi, na ośnieżonych dachach, drzewach, ruinach. Ciepłe skarpetki będą próbowały powstrzymać potężny napór chłodnego powietrza, kolorowym wzorem i gęstym ściegiem, będą więziły dobre, ciepłe powietrze żeby zatrzymać presję przestrzeni, przestrzeni bez końca, przestrzeni otwartej, obcej, kosmicznej. Nadchodzi długa, długa zima.

Nie mogę się dobudzić i ciężko mi utrzymać otwarte powieki w tym sennym autobusie. Niejednostajny rytm, który podbija moją głową co jakiś czas, nie odgania zmęczenia ani na chwilę. Trud dnia mnie więzi, choć dzisiaj dzień jak dzień, nie mogę zrozumieć co mnie mogło tak zmęczyć że nie potrafię być świadomy i co parę chwil zapadam w krótką drzemkę, w dziwny trans gdzie rzeczywistość autobusu miesza się z wytworami mojej głowy. Widzę jak ktoś stoi, ktoś czeka i może nawet patrzy na mnie. Tak mi się wydaje gdy z pochyloną głową próbuję przemycić chwilę odpoczynku, ale gdy tylko oprzytomnieję i podniosę wzrok, okazuje się że nikogo nie ma, że jestem w autobusie całkiem sam. Ale nie dziwi mnie ta igraszka wyobraźni, zastanawiam się tylko czy nie prześpię swojego przystanku. Czy gdy znowu poderwę głowę, nie okaże się że zrobiłem kółko i jestem znów w tym samym miejscu z którego wyjechałem. I będę musiał pokornie wyjść z autobusu, z tej ciepłej przystani z powrotem na mróz i pozostanie mi tylko czekać na kolejną szansę, kolejny rejs w stronę domu. Wszystkie moje wysiłki docierania z jednego miejsca w drugie, podróżowania po coś gdzieś, śpieszenia się dokądś, wydają mi się jakąś nierzeczywistą płaszczyzną, obecnością obok, jak ten mój półsen w autobusie. Całe moje życie jest tylko ciągłą podróżą między miejscami, między celami i pragnieniami. Całe moje wysiłki wymierzone są na dotarcie w jakieś miejsce, na osiągnięcia jakichś korzyści, całe moje życie jest jak ta podróż autobusem, obojętna i mimochodem, nieuważna, zawsze nieświadoma. Zapominam o tym że jadę, że żyję i że mija czas, w drodze łatwo zapomnieć że mija czas; mijanie drogi łatwo zastępuje mijanie czasu. Ale czas się nie zatrzymuje. Znów wydawało mi się że ktoś stoi i że wysiada na przystanku, teraz nawet nie wiem czy to było złudzenie, czy naprawdę ktoś był i wysiadł. Może zresztą w ogóle cały czas jeszcze mi się śni, że jestem w autobusie całkiem sam, nikogo nie ma.

- Nadchodzi ciemna, ciemna noc. Arktyczna noc, która trwa pół roku. Pół życia przyjdzie nam marzyć w ciemnościach, na ślepo i po omacku. Przemieszczać się z miejsca w miejsce po zmroku, światło całkiem zostanie pożarte przez długie godziny spędzone za ścianą, w pokoju, przy zlewie, przy stole, przy biurku. Noc kradnie nasze spojrzenia, które rzucane nieostrożnie w zmrok giną i już nigdy do nas nie wracają. Po trochu odbiera nam spokój i pewność, zostawia nam tylko ściany, chorobliwie oświetlone przez zmęczoną żarówkę. Pusty blask ekranów oszukuje pozornym spokojem, ale nie uchroni nas przed prawdą. Nie można się całkiem zasłonić przed ciemnością, ona w końcu wyjdzie z nas samych, wyleje się każdą możliwą luką, zaleje nasze oczy i usta, pobrudzi dłonie. Ciasno opleceni betonem, przewiązani sznurami elektrycznych przewodów nie oderwiemy się od ziemi.

Jest już bardzo późno, a ja z ojcem stoimy na przystanku. Jak rozbitkowie albo uchodźcy z ciemnego, wyludnionego miasta. Stoimy trochę z boku, osobno ale jednak razem z innymi ludźmi czekającymi na autobus. Ojciec trwa niewzruszony, ja się kręcę dookoła, nigdy nie potrafiłem ustać w miejscu. Badam odrapane ogłoszenia, wdycham zapach pokaleczonych i brudnych ścian. Wciągam w cichy mechanizm mojego ciała zimne łyki powietrza. Mój ojciec zanosi się ciężkim, donośnym kaszlem. Jego kaszel wdziera się pod powłokę nocy, na chwilę ożywia wszystkich zgromadzonych, wyostrza przestrzeń, musztruje kontury. Przez chwilę jest czymś nowym, wydaje się jakby miał coś do przekazania i nie bez powodu zwracał teraz na siebie uwagę ostrymi szarpnięciami. Po chwili jednak wszystko staje się jasne, dla mnie dużo wcześniej niż dla innych. Konwencja choroby tłumaczy swoje wybryki, co nie znaczy że nie przeszkadza, pewnie nie jednemu z oczekujących na brzegu miasta rozbitków nie w smak takie kaszle, charki i splunięcia. Ale to bez znaczenia. Bez znaczenia jest choroba, szczególnie dla mnie, przyzwyczaiłem się już. Ojciec wygrał tym razem, pokonał własne płuca, wydarł z ich przepastnych komór flegmę. Wyszarpał ze swojego wnętrza, w wysiłku i z poświęceniem, jakby to był jakiś pilnie strzeżony skarb. A może to nie mój ojciec wygrał, może to ta przestrzeń wygrała, zimna przestrzeń. Mroźne powietrze wpuszczane do płuc pod przebraniem życiodajnego tlenu, zakradło się podstępnie i zaparło się wewnątrz, zastygło i powiedziało mojemu ojcu że nie wyjdzie, że to był już ostatni oddech. Jednak ojciec wygrał, bez wątpienia. Nie przyszedłem jednak pogratulować odniesionego zwycięstwa, nie winszowałem mu triumfu, ta organowa melodia jego płuc, jego niespokojnego oddechu jest jak tło. Nagle wdarcie się wyższego akordu, jest może próbą zwrócenia czyjejś uwagi, ale chyba nie mojej, nie wiem czyjej. Przystanąłem na brzegu drogi, po której obojętnie płynęły samochody, głównie taksówki. Czuć było jakieś szczególne drganie, coś unosiło się w powietrzu. Po chwili doszło mnie charakterystyczne wycie, które zawsze było dla mnie zapowiedzią zbliżającego się autobusu. Swoiste napięcie które czułem już od dłuższego czasu nabierało mocy. Autobus przygotowywał scenę do odegrania swojej roli. Roli obojętnej i bez znaczenia, a jednak każdy z rozbitków poderwie się na chwilę do owacji na stojąco, każdy pokornie się ustawi. Doczekaliśmy się!

- jest w autobusie coś szczególnego, jakaś siła i aura, którą czuć jeszcze zanim on przyjedzie – powiedziałem, trochę ryzykownie bo to mogło zabrzmieć dziwnie, mój ojciec mógł mnie nie zrozumieć, mogło to dla niego być całkiem niezrozumiałe. Liczyłem że późna pora i zmęczenie pozwoli mi na jakiś wybieg, że w razie czego zdołam umknąć – To przez to że autobusy nie ulegają entropii – odpowiedział nie patrząc na mnie – Entropii? - Tak, wszystko wokół ulega entropii, domy, drzewa, ściany, ludzie... wszystko, i tylko autobus nie. - Ale dlaczego? - byłem oszołomiony tą odpowiedzią, to było jak objawienie, jak klucz do tajemnicy odnaleziony za pralką – Bo to są już zabytki – spojrzał na mnie i uśmiechnął się pod nosem – Autobusy w naszym mieście są tak stare, że nie ulegają już entropii.

- Nadchodzi ciężki, ciężki sen. Nocny krajobraz utonął w absurdzie, metaliczne niebo jak na igłach zawisło na ulicznych latarniach. Wisi ciężko jak płachta na której zebrała się woda w opasłych kałużach, jak ciężarna kobieta która czeka tylko momentu rozwiązania, i nie wiem co będzie potem. Ściany zacieśniają się, ktoś wyciąga z nich powietrze i one zaczynają się wybrzuszać do środka, sztywne tylko na krawędziach, które jeszcze się trzymają ale i one w końcu pękną i cały świat wyleje się z formy. Nabrzmiały treścią nie dam już rady uciekać do mniejszych przestrzeni, nie naciągnę już na siebie ciaśniejszego kombinezonu, byle ochronić się przed wzbierającą falą realności. Przychodzi taki moment, że każdy następny schron jest zbyt ciasny i człowiek zaczyna się dusić. Sen zalewa gęstym atramentem obrazy i sekwencje, niektóre sceny zlepiają się ze sobą, tak że już nie da się ich odkleić i nie sposób odgadnąć co było na tej pod spodem. Postacie ze snów mają swoje prawa, wiedzą co robią i ich gra jest bezbłędna. Tym gorzej dla nas, dla których rola nie jest nigdy napisana. Gdy śniłem, zawsze wiedziałem że śnię, poza tymi chwilami gdy nie śnię, wtedy nie jestem do końca pewny.

Autobus zwalnia, wyjeżdża z zakrętu i znowu przyśpiesza. Gdzieś przede mną widzę jak wznoszą się płaskie kolumny bloków. Mont blanc moich myśli, orle gniazda moich marzeń. Ciemność układa na nich mozaiki jasnych punktów. Autobus stał się integralną przestrzenią, znajomym kontynentem którego nie chce się już opuszczać. My wszyscy jak galernicy, siłą swojej woli, siłą schematu i wpojonej nam jedynej słusznej konstrukcji rzeczywistości utrzymujemy autobus w jego konsekwentnej bryle i posuwamy go do przodu. Zawija jeszcze do pustych zatok, do niegościnnych portów gdzie nikt nie wsiada ani nie wysiada. Jednak nie pozostaje na żadnej z nich, nie poprzestaje na tym. Powoli zaczyna prószyć drobny śnieg, przybierający na szybach postać mokrych igiełek. Płyniemy dalej w noc.


Olaf Józefoski

wtorek, 29 listopada 2011

Jesienna podróż przez miasto


Moi Drodzy!

Od dawna zamierzałam już wprowadzić element czysto plastyczny do naszego bloga. Dziś publikuję jedną z bardzo nastrojowych i refleksyjnych prac Olafa Józefoskiego. Poszczególne jej fragmenty przywodzą mi na myśl podróż autobusem w ciemny, zimny, jesienny dzień, kiedy światło i ciepło jest tylko w nas samych, nie ma go na ulicach pomimo świecących ostro latarni i wielkich plansz bilbordów reklamowych.
Mam też propozycję dla wszystkich odwiedzających tego bloga: napiszcie coś na temat pracy Olafa, którą zamieszczam w tym poście. Może to być jednozdaniowa refleksja, wiersz, opowiadanie, dramat, esej, możecie też kogoś zacytować, lub wreszcie możecie zamieścić jakiś inny obraz, który będzie Waszym zdaniem świetnym kontekstem do tego co zrobił Olaf (bakteriezk@gmail.com)

Czemu piszę?

Kusiło mnie, żeby mój post zatytułować bardziej ogólnie, mniej podmiotowo, najlepiej żeby w ogóle usunąć się z widoku za jakimś "Czemu się pisze?" albo "Po co literatura?". Poprzez taki obiektywnie i poważnie brzmiący tytuł mógłbym odsunąć na bok wyrzuty sumienia które będą mnie dręczyły że piszę o sobie, że siebie zdradzam i przyznaje się całkiem poważnie do egocentryzmu. Mimo wszystko zdecydowałem się przyznać że piszę właśnie o sobie samym. Tutaj zaraz śpieszę z wytłumaczeniem, nie o to mi chodzi żeby moja perspektywa była szczególna albo uprzywilejowana, ale wydaje mi się że szukanie odpowiedzi na takie pytanie, w ogóle na większość pytań o sztukę, inaczej niż w sposób subiektywny byłoby pewnym przekłamaniem i podstępną próbą zaszczepienia własnej opinii jako z natury słusznej. Cechą więc podejścia osoby ciekawej i otwartej musi być subiektywizm, bo tylko on zakłada możliwość pomyłki. Nie ma zresztą chyba nic bardziej subiektywnego niż poznanie i uczucia, a te dwie cechy są podstawowymi czynnikami składającymi się na literaturę, czy też w ogóle na jakąkolwiek twórczość, i jej odbiór. Odpowiedź na nawet tak postawione pytanie nie jest dla mnie zresztą wcale oczywistą i są to wciąż jedynie hipotezy gdyż podejrzliwie podchodzę do moich uczuć i nie wierzę w możliwość pełnego poznania choćby samego siebie.
A więc czym jest dla mnie pisanie? Myślę, że swego rodzaju ucieczką, ale też buntem wobec istniejącego i realnego świata i jego porządku. W każdym popełnionym rysunku albo tekście doszukuję się nie tyle obrazu świata ile jego alternatywy, stąd też pewnie moje szczególne uwielbienie dla fantastyki i groteski. W opowiadaniu czy wierszu mogę się schować spokojny o to czy przypadkowe zrządzenie losu pokrzyżuje moje plany. Tam, w świecie fantazji, nabieram pewności i w tym szczególnym miejscu zaczynam lepiej rozumieć siebie i świat (także ten realny). Pisząc, nie raz sam siebie zaskakuję i odkrywam przed sobą pewne pomysły i rozwiązania w taki sposób, jakby ktoś inny mi je powiedział. Poza tym jest to też swego rodzaju "zemsta ręki śmiertelnej" jak pisała Szymborska w wierszu "Radość pisania", a śmierć jest właśnie jednym z tych podstawowych reguł świata rzeczywistego z którą ciężko mi się pogodzić.

wtorek, 15 listopada 2011

Pudło

To było wielkie pudło. Czasami wydawało mi się, że ścieśnia w sobie, zgina, międli, składa w harmonijkę cały świat – gnieciony jak kulka z czarno - białej gazety, którą babcia wypchała sobie zimowy trzewik, albo złożony równiutko jak spodnie z garnituru. Za każdym razem, kiedy moje myśli biegły w tę stronę, musiałam je spychać siłą swej woli na inny tor. Oczywistą bzdurą i kompletną iluzją było to, jakoby w pudle mieścił się świat, ono tylko zamykało w sobie obszar mojego pokoju. Było tak skonstruowane, że okalało ściany i okna od wewnątrz, przy czym w żadnym punkcie nie stykało się z nimi. Kiedy wieczorami wracałam do domu, okrutnie raniła mnie myśl, że oto kolejny raz przyjdzie mi zasnąć w szczelnie zapiętym pudle. Zaraz po przekroczeniu progu pokoju, zapinałam olbrzymi zamek błyskawiczny, wyciągając się na krześle w każdą ze stron. Po chwili wszystkie ściany tego sześcianu, w którym tkwiłam, były gotowe.

Wzięłam stół i postawiłam go tak, że blatem przytulał podłogę, a niezwykle symetrycznymi nogami wbijał się w powietrze. Powiedziałam: „dziś będziesz placem z czterema kolumnami”. Stanęłam pośrodku tego opustoszałego, placu, poczułam się wyższa od najwyższych, poczułam, że jestem, choć nikogo nie ma, doświadczyłam totalnej wolności, a przecież czułam granice, wyznaczane przez cztery równiutkie brzegi i kąty proste, a w każdym zobaczyłam anioła o szacie tak prostej jak graniastosłup, jakby dobry Bóg włożył je w sukienki geometrii, by opiewać prostotę niedekoracyjnej prawdy o przejrzystym, popisowym numerze, który trwa nieraz kilkadziesiąt lat. Mój się właśnie zaczynał. Nie mogę opowiedzieć, na czym dokładnie polegał, bo przysięgłam pamiętać, a pamięć gubi się w słowach, w fabule. Życie jako opowiadanie staje się fikcją, odpływa, odkleja się od nas, autorów. Myślę, że trzeba je łapać, czuć pod stopami, pod sukienką, w bieliźnie. „Pod żadnym pozorem nie wolno Ci opowiadać” - zdawały się mówić do mnie zaczarowane anioły w kształcie wielgaśnych zapałek, bo jeśli zaczniesz to robić, przestaniesz czuć, przestaniesz żyć, staniesz się opowieścią o sobie, nie natomiast sobą.

Kiedy jedną nogą byłam już poza tym placem – wywróconym stołem, roześmiałam się i pomyślałam, że pudło, w którym pomieszkuję, które zajęło ten pokój wraz ze mną, jest tak naprawdę namiotem, daje schronienie, tak jak dawało na łonie natury. Zrozumiałam, że już go nie potrzebuję, mam swoje cztery ściany. Nazajutrz podzieliłam się z pudłem moimi spostrzeżeniami, ale ono tylko zmarszczyło swoje napięte dotąd ciało i powiedziało: „najgorzej jest znaleźć się w sytuacji pod ścianą, kiedy powiedziało się tak dużo słów, że każda następna ich kombinacja jest podobna do poprzedniej."

IzA oChmaN

sobota, 5 listopada 2011

Historyczne spotkanie 4 listopada i jego owoce

W tym poście zapraszam wszystkich do zamieszczenia swoich dzieł powstałych w zeszły piątek.

***

Bądź

Idę przez miasto
Przechodzę przez las
Opuszczam czas, mijam wsie
Nie ma mnie

Gdy gotuję, gdy patrzę
Wtedy kiedy się uczę
Oraz gdy pracuję
Kiedy często śpię
brakuje mi siebie
w rosole, w spojrzeniu
w nauce, w kieszeniach
w stole, we wspomnieniach
w szarej tekturze
i w erotycznym śnie
nie ma mnie.

Olaf Józefoski

***

ŁaBądź

zamarza w zimie. To akurat widziałem.
A co z bocianami?

Tu

Operator Nabla

***

Odnajdź

Metalowy Prostokącie
odnajdź dowolność
możesz zbliżyć się do siebie brzegami
Zmierzyć linijką zamyślenie
Lecz ty ciągle nie potrafisz
wypaść ze swej formy
i biec przez ogród kształtów
porwać okrąg do tańca
i stać się na moment okręgiem

Iza oChmaN

***

Odnajdź

odnajdź stróża w tym pokoju
na czarnym tle
z wytrzeszczonymi, żółtymi zębami
co zaraz kogoś zje

Agnieszka Kilisz - Gruszka

wtorek, 25 października 2011

Gra w cymbała

Biegnij uczyć się muzyki
Zgryz opon na asfalcie
gra w cymbała
przecież w Tobie jest już wszystko
metalowy brzęk
echo
szmery skradającego się po organizmie serca
Tropisz jak kot małe zalążki zdrad
a tymczasem wystarczy słuchanie
niemyślące, bezczelne, nagie
ograbione z widzenia

Coraz bardziej blady naprężasz się w ciszę
i futrujesz rozszalałą intuicję
a przecież świat i bez twojego futra
ma dość futrzastości - przebieranej ciszy
teatralnie niedogranej
Uderz suchym pazurem w chodnik
uderz wilgotną powieką w metalową łyżeczkę
uderz brudną ścierką w stół
zamrugaj najgłośniej jak potrafisz
postukaj ziarenkiem kawy w ziarenko ryżu
W tej świętej wypolerownej skośnej twarzy drzemie rozpacz
naucz się ją rozpakowywać
jak prezent od świętego Ildefonsa, który nigdy nikomu nie przysłał prezentu
ale dziś Tobie go wręcza
za pośrednictwem Poczty Polskiej
jest to małe drewniane wiaderko
wypełnione po brzegi
akustycznym wdziękiem

wtorek, 18 października 2011

Ślub

Pobrali się dokładanie tydzień temu, w tak krótkim czasie udało się znajomemu portreciście uwiecznić ich, oprawić w stylizowanej na starą (np. celowo uszczerbionej) ramce. Pamiątka zawisła już w sypialni małżonków i także na tym blogu (o czym oni nie wiedzą, ha ha! Kiedy wyszli na moment - ściągnęłam portret ze ściany, położyłam na łóżku i cyknęłam na to zdjęcie).

Odpowiedź i szczęście

Szczęście jest kunsztownie zdobioną pinezką, szpiczasto - ostrą i specyficznie pieszczotliwą - gdy ją nieuważnie chwycisz, może przebić ci skórę i spowodować krwawienie. Często zdarza się tak, że wydaje mi się, że szepcze do mnie: "bierz mnie", ale przecież jeśli spontanicznie odpowiem na te zawołania, to na dywanie pojawi się olbrzymia brunatno - czerwona plama (nie mam bowiem zbyt dobrej krzepliwości krwi). Tym sposobem od wiosny udaję, że nie słyszę kuszących ponagleń, ale nie daje mi to szczęścia rzecz jasna - ono mieszka tuż obok - w czarnej szkatułce, zatopione w miękką poduszkę aksamitną, boleśnie pojedyncze, błyszczące jak rana, małe, trochę tajne, ciche, ale nie milczące. Zakończone szpiczasto, boleśnie, iglasto, jakby ktoś je u góry rzeźbił hojną, fantazyjną dłonią, a u dołu pazurem wysmagał, ociosał i w kąt porzucił bury. Tym kątem okazała się być ziemia na której żyjemy. Wszyscy stoimy w kącie. Pamiętacie w przedszkolu - jak nas ustawiali, a zaczęło się od raju. Niektórzy mają talent by się okłamywać, że pinezka to broszka, że ciemny kąt jest jasną sceną, że ból ich uszlachetnia, że na niego czekają, że wstążki to nie pogrzebowe, ale balowe, tylko moda na czerń zapanowała, że babcia, która była najlepszą pod słońcem istotą odeszła teraz do lepszego życia (ale czy tam się bardziej przyda?), że kamienie urocze, bo tak wiejsko i wyboiście, że prawie jak w domu (a co było w domu? - otóż ojciec pijany zęby braciom po kolei wybijał), że krwiście rozsadzone, rozstrzępione łono jako sadzawka nowego życia odzyskuje swoją rangę, że bez jednej piersi to nawet może trochę lepiej , bo lżej o pół kilograma mięsa do dźwigania. Ach dzień nasz podobny jest szamotaniny pająka, któremu się wszystko pomyliło i w sieć lepką, a swoją tak nogi zaplątał nie do odkręcenia. Przez moment czuje się jak mucha, a sekundę później jak dziesiątki muszych istnień, które tu utknęły bez wyjścia. Labirynt bez wyjścia - czy można sobie wyobrazić coś gorszego i bardziej chaotycznego. Wszak wszelki porządek zakłada trud, a po nim rozwiązanie. Każda zagadka, każde zadanie, pytanie, droga, poszukiwanie, spojrzenie, wszystko nastawione jest na odpowiedź.

IzA OchMan

piątek, 7 października 2011

On i Ona

Za każdym razem myślał o sobie "wstrętny, podły facet", aż którejś niedzieli Ona przyniosła mu puderniczkę i błyszczyk do ust w pudełku z pędzelkiem, podała mu też najlepszą, według Niej, suknię, jaką tylko mogła znaleźć w tej starej, rozpadającej
się szafie bez uchwytów.

Była czarna, w torsie nieco go uciskała, kokieteryjnie zwężając się ku dołowi, zasłaniała niewielki odcinek łydki, a z tyłu miała coś w rodzaju trenu. Z założenia miał włóczyć się po podłodze, sprawiając, że kobieca sylwetka zdawała się łączyć z ziemią, głaskać ją i tulić każdym posunięciem. Właściwie nie wiadomo dlaczego ślubne, ciągnące się przez wiele metrów treny są postrzegane jako odświętne, oto przecież kobieta staje się w pewnym sensie upadła, łączy się ze swoim niskimi pobudkami i zamiata sobą świat - cokolwiek mogłoby to znaczyć. Na szczęście na nim suknia leżała nieco inaczej, chyba za sprawą tego, że był od Niej sporo wyższy. Tren wisiał komediancko jak ogon i można by pomyśleć, że za chwilę zacznie się naszpikowane żartami przedstawienie z kotem - kotką w roli głównej. Tylko aktor stał pośrodku sceny śmiertelnie poważny. Chwilę później wziął do ręki puszystą gąbeczkę, zanurzył ją w złotej, misternie zdobionej pudernicy i rozpoczął "budowanie siebie od nowa" - jak to nazywał w myślach. On, pan architekt, wreszcie zdawało mu się, że buduje naprawdę, całe poprzednie życie było tylko rozsądnie skrojonym planem, suchym schematem. Tymczasem największą frajdę sprawia bycie budowniczym, kiedy się kładzie cegła po cegle własnymi rękami, wtedy wie się na pewno, że dom powstaje naprawdę. Zaprojektowane przez niego domy były w pewnym sensie nierealne, projekt odbiegał od gotowego budynku na odległość mniej więcej taką, jaka dzieli ziemię od księżyca.

Z twarzy na suknię osypywały się świetliste drobiny jasno beżowego pudru, oczy miał skupione, śmiejące się - już teraz, a policzki świeciły odbitym od lampy światłem. Cicho i delikatnie, jakby robił coś bardzo przyjemnego, ale zakazanego wziął teraz ze stolika błyszczyk do ust w kolorze dojrzałej brzoskwini. A ruch jego ręki mógłby do prawdy przypominać moment kiedy Adam odbiera jabłko z gładkich, smukłych dłoni Ewy. Tu i tu ręka jakby lekko spocona, drżąca - nie wiadomo czy z radości, czy ze strachu.

Kiedy był już gotowy, podszedł do okna i zdecydowanym szarpnięciem odsłonił obydwie naraz ciężkie zasłony. Na dworze było ciemno, dachy domów wydawały się zjeżdżać coraz niżej, świat był cmentarzem, na którym ludzie co wieczór i co rano chowają się już za życia.

IzA oChmaN

środa, 5 października 2011

Z Twoją prezentacją Olaf dodawanie obrazów stało się proste


Podczas prowadzonych przeze mnie warsztatów w ramach Biennale Sztuki dla Dziecka dzieci wyklejały wizerunek wiedźmy

poniedziałek, 3 października 2011

Zaglądać do okien ludziom mieszkającym na parterze – to dopiero zabawa. Kiedy się idzie ciemną ulicą, a w kuchniach palą się światła, w pokojach telewizory, w przedsionkach dogorywające światło żarówki znów faluje tą samą złowróżebną smugą na nierównym, powleczonym białą (a w tym świetle szarą) farbą. Można zapragnąć mieszkać. On, choć miał swoje M4 na szóstym piętrze świeżo odmalowanego wieżowca stojącego tuż przy drodze ekspresowej, nigdy w nim nie mieszkał. Pamięta gładkie dłonie żony pooblepiane chropawo masą ciasta, tajemniczy cichy płacz córki, którą zostawił któryś z kolei chłopak, pamięta łazienkę zawsze pachnącą szyszkami i dźwięk telefonu niosący się przez pokoje radosnym, ptasim świergotem. Jest przekonany, że aby w jakimś miejscu nocować i zjadać łakomie napuchnięte trójkąty babki z śliwkami nie trzeba wcale być mieszkańcem tego miejsca. On mieszkał głównie w swoich marzeniach. A marzył między innymi o tym, by któregoś zimowego ranka obudzić się ptakiem i odlecieć stąd do ciepłych krajów.

Iza oChmaN

czwartek, 29 września 2011

Zjeżdżalnia

To była strasznie śliska zjeżdżalnia. Taka z której absolutnie nie można się rozmyslić, kiedy już zrobiło się ruch. Nie sposób zaprzecieć się na niej rękami, zahamować postawą ciała, cóż dopiero krzykiem. Podnosiła głowę, patrzyła w dół na niekończące się lodowe, wyślizgane chyba przez samego diabła pasmo zjeżdżalni. Miała wrażenie, że z każdą sekundą pędzi coraz szybciej i szybciej, ale jednocześnie w każdym punkcie drogi towarzyszyło jej wrażenie, że sunie z tak zawrotną prędkością, że potem może być tylko wolniej. Z czasem zaczęła tylko marzyć by wreszcie zderzyć się z ziemią i rozpaść na tysiące małych kryształków. Czas tej specyficznej podróży był na tyle długi, że zdążyła stać się jednym ciałem z lodową pokrywą. Spływała z olbrzymiej szklanej góry jak rzeka, jak mega wartki potok, jednak było w niej coraz mniej życia, stawała się lodową kukłą, lalką z mrozowej porcelany. Jeszcze kilka razy przez głowę przemknęła jej myśl jak ludzie mogą lubić te wszystkie roller castery i inne dostarczacze wrażeń w wesołym miasteczku. Sama też kiedyś je lubiała. Jeśli mogłaby teraz krzyknąć, jej słowa ułożyłyby się w takie albo bardzo podobne zdanie: Czy jesteś pewien że twoja podróż dobiegnie końca?

iZa ochmaN

poniedziałek, 26 września 2011

Mówisz do mnie wzorem
że już się nie kochamy
wzór powleka cztery płaskie ściany
falowane pasma schodzą się niedbale
szale w szafie śpią

To kara
oklejam taśmą ściany
nie chcę słyszeć jak mówią
ściszonym głosem
telewizorowo

Otwierasz lampę
z klosza, prosto w twoją twarz
uderza mucha
ocierasz policzek rękawem koszuli
przeklinasz pod nosem
prawie niesłyszalnie

Pozapalane okna komunikują się
między sobą
jak znicze z sąsiednich grobów

Żyjemy jak na linie
tylko wciąż nam się wydaje, że wokół jest mnóstwo przestrzeni

piątek, 5 sierpnia 2011

Ukruszone filiżanki
w zagryzionych wargach
zimny odprysk
farby

Skandynawia nie ma jasnych granic
niektórzy włączają do niej nawet Litwę
w rozmowach też targamy na strzępy znaczenia
jak geograficzne granice

Kawiarnie
ciekną wodą
szumią rozmową
z czajników
wyciekają małe
porcelanowe
lalki – filiżanki
Nadal się nimi bawimy
Kiedy skończy się dzieciństwo?

Jesteśmy dziećmi dobrego Boga
i zapominamy nieraz butów do szkoły
na zmianę
ale po co nam buty?
Przecież wiadomo, że szewc bez butów chodzi
Wszyscy jesteśmy szewcami własnego losu.
Przepraszam, pomyliło mi się
Kowalami

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

wiersz pt. pieśń o nieuleczalnie chorych Arkadiusza Kwaczka

Panie, daruj, bo nie poznałem się w Tobie
tak jak matka i ojciec nie poznali się we mnie
wybacz wszystkim, którzy nauczyli się chodzić
i odeszli bez słowa, pozostawiając klątwę

nie zapomnij, że przybity do łóżka jak do krzyża
nie przyszedłem na świat, ale mnie w nim ułożono

to moje misterium, Panie, gdzie lekarze
grają zimne role. nikt się nie uśmiecha i nie przynosi
dobrej nowiny, a jednak wciąż powtarzają: będzie dobrze
synku
, jakby Matka Boża Nieustającej Pomocy zstąpiła
w ich ciała i objęła mnie lewym ramieniem

Panie, zrobiłem już prawie wszystko: nauczyłem się
tęsknić, modlić i przepraszać, dlatego błagam przyjdź
i zamień białe ściany w wiatr, a okna w horyzont

poniedziałek, 18 lipca 2011

Cafe "Poezja"

Café medium

w kawiarnianej karuzeli urywają się zdania
w najciekawszym punkcie
od przecinka do przecinka moje ciało waży mniej niż myśli,
tylko dłonie ciążą
od brudu liter zegarka i sygnetu. całkiem zbytkownie
w prywatnej pustyni o smaku wczorajszego dnia
i nawet tu nie przynależę
choćby w większości zwykłej
w szaliku i czapce a la Galliano
żeby mnie nie wiedzieli
ale żeby się dziwili
ale nikt nie patrzy



Głodny umysł

gdybym tylko nie bał się pisać
nie byłoby takiej filharmonii której nie zapełniłaby do ostatnich krańcowości elektryka mojego geniuszu jak powietrze odbite od plastyki ruchów pierwszego tancerza Andaluzji o oliwkowej skórze bez koszuli
każdy balet nosiłby pontyfikalnie z miną urwisa sygnaturkę mojej obsługi
prawno-choreograficznej. ta!
trwałość liter twardych w sens jak egipskie piramidy Majów. ta!
ultraintrospektywna maszyneria gorejąca w oszałamiających  refleksjach mojego bezprzykładnego „ja”
wije się lecz nie łamie myli się i kosztuje. gdybym nie bał się pisać, roztopiłbym się
na wylot przy maniakalno-depresyjnym blasku własnej pankreatywności
w tanecznym przerysowaniu
cyrkowego makijażu z uśmiechem jak banan
w zatrzymaniu na szczegółach
jak baletmistrz po piruecie
mistycznie
jak malarz między deseniami khaki z pędzlem w pół drogi
w obłędnym pędzie pośród ciszy
ku zarżnięciu makrogospodarczych mocy przerobowych wciąż głodnego umysłu
o tak! hucznie i na protest mnie
taką (sam) sobie muzykę tworzę
między słowami
dokonuje starannie interpretacji mojego geniuszu
przed lustrem z na w pół ogoloną twarzą bo każdy kęs
wydłuża drogę do dna kompleksu niższości
nawet gdybym mniej bał się pisać



21 lutego

Miałem dziś pył z Twoich oczu
dwa lata po
ale na żywo. w ciasnej kawiarni bardzo passé
zastygł mi ciepło smsem w pamięci sim
nie formowaliśmy już razem wosku świeczki
powiedziałaś by zostawić jak jest
choć w menu na bardziej smakował nam deser
 „szatański urok”
niż „czekoladowy morał”

21 lutego 2011, KRK



Muszle i motyle
(U dna nieba dotykam ziemi)


zamaszyście skamieniały motyl wykluwa się z oka
muszli spiralnie na okrętkę. kolorowe wariactwo
łypie systematycznie jak eksponat wypolerowany
w podziemnych czaszach muzeum rzeczy małych. artystów
nie stać

siedzę z kolanami pod brodą. pod dostatkiem
historii. wytarły się schody. wypiekają się wspomnienia
na lata szpilką przetrącone za grzbiet do duszy.
u dna nieba dotykam ziemi
by się nie poparzyć na popiół. zwyczajne bhp
w kategoriach jurydycznych. toczy się bieżący
zarząd rzeczy małych od słowa przez tacę
do Boga. na amen. słyszę jak wskazówki w poczekalni
wybijają mi rytm
z głowy. słyszę gdy modlą się owady

a biżuteria świeci po oczach odbitym blaskiem
właściciela. zawsze. monety wytracają się przez dziury
w pomysłach.
choreografia zegarka strzela mi na głos w koła
koncentryczne rytmem. spiralnie w ciało na okrętkę
jak pocisk trafnej teorii sztuki dla mas. wiersze są z liter.
kwiaty z bibuły. mam nawet portret cienia.

a jeśli Bóg narysował nas
miękkim ołówkiem? tylko że na pięciolinii
nikt tego nie usłyszy. gdy motyl dźwiga piękno
na skrzydłach drży wariactwo barwne od wspomnień
przez mózg do pięt. i wytarło się od szukania
pomysłu. ostatni egzamin nadejdzie boso
w kategoriach historycznych.

Kraków, 29.4.2009,

Lambrekin

piątek, 1 lipca 2011

Poezja się brudzi

Witam. Wiersz inspirowany trochę tym (Egon Bondy) i trochę tamtym (rozmowy, rozmowy i bakteryjne wiersze).

"Na trávníku je tráva
a na nebi jsou voblaky"

Egon Bondy

Poezja się nudzi

Na trawniku jest trawa

A na niebie są obłoki

To jest tylko zabawa

A my to obiboki


Kwiaty są by kwitnąć

Zupa jest żeby zjeść

Bańka żeby prysnąć

Nie próbuj sensu pleść


Nie gotuj słów O! Ach!

Nie smaż Wenus z milo

Nie tnij zdań ciach ciach

Nie doprawiaj znaczeń kilo


Bo poezja jest dla szynki

O, szynko ma! Szyneczko!

Bez Ciebie byłbym cinki

Jak od słoika wieczko


Poezja się nie trudzi

Bo poezja jest dla ludzi

wtorek, 28 czerwca 2011

Kwadrat i dziura

Patrzą na mnie czarne kwadraty
klawiszy

Potem zapadam się w czerwony kwadrat łóżka
Okna mojego domu lśnią co rano jak jasne kwadraty ze szkła
Choć przecież wiem, że nie pod taką osłoną mama chowała cukierki
Tamta była kryształowa
różnicą jest nieprzejrzystość
ale co w takim razie rzec o materacu
przecież nie mogę przez niego spojrzeć
no chyba że wydrążę dziurę
ale żeby przez nią przejść
trzeba być duszkiem Kacprem albo Chrystusem
Mój mąż mnie zawsze poprawia, że Chrystus nie przechodził przez żadne dziury, dziurki od klucza
a ja wierzę, że Bóg wybierze miejsce wybrakowane
że tam gdzie jest wszystkiego pełno nie potrzeba już Boga
niestety tak jest z materacem
nie posiada póki co ubytków
stąd właściwie w łóżku sił nadprzyrodzonych nie wzywamy
choć czasem mam wrażenie że one po prostu są wszędzie
w wyrównanej ilości
nie w tak nadprogramowej jak wtedy, kiedy Chrystus (mimo drzwi zamkniętych, a nie przez żadną dziurkę od klucza) wszedł, by przekonywać niewiernego Tomasza o swoim istnieniu

Przez okna spoglądam na obszerny placyk i jeżdżące po nim samochody dostawcze
okno to nie tylko oko, ale i brak
brak w murze domu
czyli dziura

Słyszy się czasem, ostatnio coraz rzadziej (bo wszyscy szukają)
o szukaniu dziury w całym

ale ja nie szukam
a znajduję

Nawet między klawiszami jest mnóstwo wolnej przestrzeni
choć wydawałoby się, że tak gęsto pokrywają klawiaturę
kiedy do mnie mówisz
napychasz powietrze strzelającymi balonami słów
ale nie widzisz tego że w szczelinach
siedzą zamyślone cząsteczki ciszy
na przykład w szczelinie Twoich niedomkniętych ust
zresztą one zawsze są niedomknięte
jak te drzwi, przez które przeszedł Bóg
choć upiera się ewangelista i powtarza dwa razy, że były zamknięte
ale co znaczy zamknąć i otworzyć
przecież wszystko jest poniekąd otwarte, poniekąd zamknięte.
Nawet kwadrat choć ramionami nieprzychylny
pozwala ci wpisać w niego koło
albo serce
albo drzwi
albo nic nie wpisywać


Iza Ochman

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Wiersz pt. studnia Arkadiusza Kwaczka

Jakiś czas temu postanowiłem się wybrać na wieczór poetycki Karola Samsela, który zaprezentował razem z zespołem Kalimba swój nowy tom poetycki zatytułowany "Dormitoria". Był to piękny wieczór, a ja wyniosłem z niego dużo wiedzy i mnóstwo pomysłów, z których powstał poniższy wiersz. Jest on pewnego rodzaju odpowiedzią na wiersze Karola z jego "Dormitoriów". Stąd też to jemu dedykuję ten wiersz.

studnia

Karolowi Samselowi

jak głęboka jest twoja wiara? moja sięga od języka
aż do krzyża - tak głęboko, że nie usłyszałbyś
jak kamień odbija się od kości i zalega w brzuchu

nic niewarte jest jego milczenie. został wrzucony
do studni, aby oswoiła go ciemność. już nikt
nie spyta komu służył ani jaką miał siłę sprawczą

więc jest kamieniem wierzących - tak jakby wskrzeszał
ogień i sprowadzał deszcz. nie boję się erozji
poproszę o wstawiennictwo Świętego Floriana

niech uchroni od pożarów i wymodli brzegi niezagrożone
oceanicznymi falami. osiądę tam i zasadzę las z drzew cyprysowych
wybuduję skrzynię, która posłuży za Arkę albo za trumnę

czwartek, 16 czerwca 2011

Paul Gauguin ma zaszczyt zaprosić państwa...


Obraz który widzisz to "manao tupapau" czyli "Duch zmarłych czuwa" autorstwa Paula Gauguina (źródło: http://fineartamerica.com), jednego z najwybitniejszych malarzy który odegrał znaczącą rolę w kształtowaniu się współczesnego malarstwa. Tyle o nim. Szukając inspiracji w tym obrazie napisałem na ostatnich zajęciach pewien dialog liryczny. Gauguin w jednym ze swoich listów zwracał uwagę na strach czy też obawę która czai się w oczach dziewczyny leżącej na łóżku, jakimś motorem tego uczucia ma być owy "duch zmarłych" który czuwa w nogach łóżka. Ja inaczej odczytałem strach w oczach młodej dziewczyny i stąd powstał ten utwór:



***

- Jestem sama, ale czuję Twój oddech więc jesteś, choć przecież oboje wiemy, że Cię nie ma
- Jestem.
-Boję się ciepła i zimna, które czai się pod moją skórą. Okropne jest ciepło i zimno pod skórą mężczyzny który jest obok
- Jest.
- Robak, który nas toczy jest w naszym oddechu i pozwala nam oddychać. Ciemna noc pełnego księżyca prowadzi nas za rękę do łóżka aby, jak nasi ojcowie i matki, oddać ofiarę. Inaczej wszyscy zginiemy. Boję się
- Zginiemy.
- Zamknę oczy, zacisnę usta, nie pozwolę żeby w moim ciele została najmniejsza szczelina, najmniejsza lukę muszę zalepić pszczelim kitem, żebyś nie odnalazł mnie słabej. On tu jest
- Wiem.
- Jesteśmy ofiarami. Biała pościel nie ukryje czerni zmysłów, nie oszukasz blasku oczu światłem świecy, krwi nie zalejesz tuszem ani farbą aby zastygła cicha i spokojna, silne ręce nie przestaną Ci drgać gdy oprzesz na nich swe ciało, nie oszukasz mnie
- Cicho.
- Odejdź, nie chcę Cię, ale zatrzymaj się i stój, weź mnie w ramiona, weź mnie ale beze mnie, może odejdź, lepiej odejdź, i tylko nie zostawiaj mnie samej
- To koniec.

niedziela, 12 czerwca 2011

Moje małe rozdrobnienie feudalne

Wiersz który jest plonem najświeższych zajęć. Co prawda ostatnio na zajęciach urodziły się dwa utwory, ale ten drugi zachowuję na deser. Więc teraz tylko to. Nic więcej nie zdradzam żeby nie popsuć zabawy.

***

Autoportret autora

I pam pam, puk puk

Ti Ti, ta Ti, ta

Przysięgam

Ło Matko Boska

Śledziona jest obok mostka

A może przebywa w stopie

Może razem ze stopą kopie

Serce, biedne, spocone śmierdzi

Tuż przy kolanie swędzi

Ciągle je drapię i drapię

Drapię jak potrafię

Drapię aż przyłapię

Swoje dłonie na gorącym uczynku

Nie wiem gdzie są

W zakamarkach pleców

Czy zawędrowały z próżnego wysiłku

Do Pachy Jamy

Ja sam, Ja Pcham, Ja Wam

Bez Mamy Psa i Taty

Rozebrany

sobota, 30 kwietnia 2011

Mistrz Zen

W odniesieniu do sentencji: "Mistrzowie zen powiadają, iż nie można zobaczyć swojego odbicia w płynącej wodzie, tylko w stojącej.".

Mistrz Zen upewniwszy się
że nie jest obserwowany
uklęka przy brzegu

zrzuca z ramion szorstki mir
i na czworaka po psiemu
moczy koniuszek języka
w upływającej tafli

Mistrz zen w odosobnieniu
unika stojącej wody
 
                                                                                                marlena
 

środa, 20 kwietnia 2011

jutro o g. 13.00

Zapraszam wszystkich zainteresowanych, którzy zdążą tu zajrzeć przed wyznaczoną godziną, na jutrzejszy wypad do nowej filii Muzeum Historii Katowic umieszczonej w dawnej pralni na nikiszowieckim Rynku, można będzie tam oglądać obrazy Grupy Janowskiej, a także zdjęcia współczesnego fotografika Arkadiusza Goli pokazujące wnętrza mieszkań tego ponad stuletniego osiedla. Nie brakuje także rekwizytów w stylu: ceramiki, ozdób, przedmiotów codziennego użytku z początku XX wieku. W ogóle zadanie jakie stoi przed "Maglem" (bo tak popularnie nazywana jest ta filia) będzie polegało głównie na zbieraniu rzeczy charakterystycznych dla danych grup np. dla górników, czy drobnomieszczaństwa. Jednak to typowe dla oddziału etnologii miasta (jakim jest ta filia) zadanie zostaje rozciągnięte z przeszłości w teraźniejszość - gromadzone będą również przedmioty mogące wiele powiedzieć o nas, dzisiaj żyjących. Bujam wyobraźnią, czy może chodzić o modele komórek, mikrofalówek, desingnerskie fasony okularów, projekty budynków, elementy wystroju mieszkań. Na epokę w której żyjemy nie wymyślono jak dotąd mocniejszej nazwy niż postmodernizm, a wszystko przez to, że nie potrafimy siebie postrzegać inaczej niż w pośród rozpryśniętych fragmentów, które sami tworzymi nazywając je sztuką, bądź też sztuką użytkową, sami czując że granic między sztuką a badziewiem nikt juz się stawiać tak łatwo jak niegdyś nie odważa (ale mi się skomplikowanie napisało :). Mam nadzieję, że muzeum w Maglu pokaże jak ciekawa i kosmicznie zakręcona (pozytywnie oczywiście) jest nasza epoka, jednocześnie ukazując z czego wyrasta i jak gorzka baza stawała się po cichutku jej zaczątkiem.
A wracając do tematu: spotykamy się jutro o g. 13.00 nie na Rymarskiej żeby było ciekawej, ale w przed wejściem do Centrum Kultury Katowice - zobaczymy tam bieżące wystawy i pojedziemy na Nikiszowiec.
Iza Ochman

czwartek, 7 kwietnia 2011

prosta prostota z ciążącym zakrzywieniem

Witajcie,
kosmologia i człowiek, kosmos w człowieku, człowiek w kosmosie...

* * *

bezdech
cień
w jądrze komety
zasnuwa
oczy drżą
i tylko prosta tak po prostu
lekko
biec może w nieskończoność
hipotetycznie nie podlega ciążeniu
które zakrzywia czasoprzestrzeń
i ludzi


Renata Batko

sobota, 2 kwietnia 2011

Piosenka sukienka

Witam. Wiersz poniżej blisko związany z warsztatami ponieważ powstał w związku z jednym ćwiczeniem które zaplanowała dla nas Iza. Zadanie polegało na tym, żeby w szkielet na który składało się parę przypadkowo wymyślonych słów ustawionych w różnych miejscach na kartce wpleść swój tekst, tak, żeby powstała jakaś całość. Wszystkie słowa, które Iza zasugerowała, pogrubiłem, reszta to moja i mojej wiosny inwencja.

***

Piosenka sukienka (Piosenka na rękach)


Głodny chłodny blaszany język nie wypowie jak


Wiosna z pomarańczy

Przychodzi w mój dom.

Czerwona rzodkiewka, truskawki i paź królowej.


Miłość wybaczy mi że ja

Jak głupek w to wątpiłem.


Czas już więc Orfeuszu. Zanim odejdziemy


Oczy jasne od zieleni, skóra nabiera promieni

Kawa i skowronki poziomki dziewczyny maliny i zabawa

Las soczyście śniadanie liście, za kwiatami doznanie

Koniki te małe niewinne, osoby niebieskie dziecinne

Chłodny kompot ze śliwek, aleja pełna huśtawek.


Dzióbki surówki butki robótki wódki SZAST PRAST!

Pachnący pachnący pachnący pachnący pachnący

Niosący kojący niekończący kochający brat świat


Okropne stokrotne zachwyty nad biedronką i burze gruszek

Cudowne schody które omijają przeszkody

Słabe uśmiechy tych co żyją przez chwile

Piękne uśmiechy tych co żyją tylko jedną wiosnę

Mój zdrój, rój rozkoszy, krój kaloszy


Ogród pełen codziennych ścieżek

Olaf Józefoski

sobota, 26 marca 2011

IN MEMORIAM

Pozwólcie na chwilę osobistej i smutnej refleksji.
Zmarła Anna Kajtochowa, cudowny Człowiek, niezwykle wrażliwa i mądra Osoba, POETKA duszą i sercem.
O miłości napisała tak:

*  *  *
Według mnie miłość
jest łzą sosny
zastygłą w okruchu bursztynu
tyle w niej słońca
i taki bezmiar trwania

Jak znaleźć bursztyn
w piasku codzienności
aby go rozgrzać
ciepłem naszych dłoni


http://kajtochowa.prv.pl/

Renata

wtorek, 22 marca 2011

Ciekawą rzeczą, której nauczyła mnie mama było to, że większości ubrań, wbrew obiegowym opiniom, wcale nie trzeba prasować, gdyż prostują się same na ciele podczas noszenia

piątek, 11 marca 2011

Wstęp do defloracji

Trochę inaczej, ponieważ potraktowałam "wiersze Moniki, której nazwiska nie znam" (a którą pozdrawiam) jako pewną całość, choć w pewnym bardzo luźnym ujęciu. Byc może dlatego, że oba traktują mniej lub bardziej o marzeniach. Spowodowało to, że w mojej głowie doszło do pewnej fuzji i po krótkim czasie pierwszy utwór nie był dla mnie kompletny bez drugiego i odwrotnie. Zdaję sobie sprawę z nadinterpretacji, ale w poezji chyba o to chodzi, żeby sobie robić dobrze ;) Na podstawie tego napisałam tekst, który "podobnie" składa się z dwóch składowych. Poniosło mnie bardzo, pozmieniały się sensy, a myśli porozbiegały się po różnych płaszczyznach, nie zmienia to jednak faktu, że pod wpływem utworów Moniki i nimi inspirowana wzięłam udział w zaproponowanej zabawie. Do rzeczy (;

Wytrącanie się światła

Chociaż ciągle czuję cień
na powiekach i w kącikach ust
miewam stany rozjaśnienia

Przyjdź
zostawiłam uchylone drzwi
a w oknie lampkę wina
gdybyś chciał zabłądzić

Przyjdź
i tylko usiądź pod numerem piątym
czy też zaczekaj na dole
albo przy kiosku ulicę stąd

Sama wplączę w swoje włosy
twoje palce
złożę szept
pocałunek
twój dotyk
z mojego
przy zamknięciu oczu


Przyjdź
i bądź cierpliwy


                                                                                                               marlena

poniedziałek, 7 marca 2011

Metamorfoza nr katalogowy 20132

***

Chowałam twarz
nadszedł czas
Spójrzcie ja
ja
mam
spełnienie marzeń

***

Przyjdź
I całuj, szeptaj, kochaj i dotykaj
Zabierz
I pozostaw
Wiesz
Przyszedłeś, spełniłeś
obudziłam się
Niestety.

***

Mniej to na pewno odważny i daleko idący eksperyment, pozbawiony lingwistycznych naparzanek ze słowem, inaczej niż dotychczas, ale właśnie na taki miałem dzisiaj ochotę. Trochę poucinałem, starając się jednak zachować jakiś logiczny porządek i mam nadzieję że udało mi się choć trochę uchylić słowom okna na szersze horyzonty. W poprzednich ramach słowa rzeczywiście mogły czuć się trochę osaczone, bo ściana burzliwych emocji nie pozwala myśli płynąć zbyt daleko. Myślę, że własnie to nie podobało się Izie. Tak w zasadzie to wykastrowałem wiersz i mam teraz cichą nadzieję że będzie śpiewał wyższym głosem, choć możliwe też, że straciliśmy pacjenta.

czwartek, 3 marca 2011

bezraj (zabawa ze słowem i coś jeszcze)

polityczna jestem niestety
apolityczna być nie mogę
moja apolityczność byłaby zagrożona przez tych
którzy bardzo politycznie
chca w tej polityce zaistnieć


oni rozdają karty
dobrym wistem mogą dużo ugrać
kontrą zaskoczyć
porozumienia zawierają tylko krótkotrwałe
tak wygrywają partię
wygrywają w partii?
wygrywają na arenie partyjnej?

szukam dla siebie przestrzeni
w bezraju pełnym polityki

:)
Renata

niedziela, 27 lutego 2011

Szeptaj do mnie po rosyjsku

Jak obiecałam na ostatnich zajęciach zamieszczam na naszym ukochanym twórczym blogu nowy materiał do ćwiczeń. Olaf powiedział, że poeksperymentuje z tym tekstem językowo. Wiersz napisała nasza koleżanka Monika. Właściwie wiersze są dwa, bardzo intymne i odkrywające rozterki autorskie, nie ma w nich kamuflażu i zawoalowanych przekazów, co mnie przyznam szczerze nieco denerwuje, bo nie bardzo można pointerpretować (cóż za egozim z mojej strony!), ale Olafowi się podoba, bo przywodzi na myśl poezję gruzińską, która bogata w emcjonalność szczerą i wylewną.

Do dzieła, oto wiersze Moniki, której nazwiska nie znam:

"Zawsze chowałam swą twarz
Ale teraz nadszedł mój czas
Spójrzcie to ja
Tak to ja
Siłę mam
I wierzę w spełnienie moich marzeń"

"Przyjdź do mnie dziś
I całuj, szeptaj, kochaj i dotykaj
Zabierz mnie do nieba i gwiazd
I pozostaw bez tchu
Wiesz, że tego pragnę
Przyszedłeś, spełniłeś marzenia
A ja obudziłam się
Niestety to był tylko sen"

poniedziałek, 21 lutego 2011

Taka parafraza, by wybić z myślowych kolein

*** o miłości

Jeśli mówiłbym Ci po francusku,
Znałbym świetnie angielski, niemiecki
Chiński, hiszpański, arabski, rosyjski
A miłości bym nie miał
Stałbym się jak sygnał w telefonie
albo google translator

I jeśli znałbym numery lotka,
Znałbym wszystkie hasła i kody
I wszystkie Twoje tajemnice.
W ogóle wiedziałbym wszystko
O kobietach, finansach i zdrowym odżywianiu
I miałbym takie kontakty i władze
Że wszystko mógłbym zrobić
Lecz miłości bym nie miał
Byłbym dupa.

I jeśli bym pomagał powodzianom,
Założył 1o organizacji charytatywnych
Leczył bezdomnych w krajach trzeciego świata
Umarł za ojczyznę, wolność i głodne dzieci
A moje nogi, ręce, krew, nerki, serce
Oddał na przeszczepy
Nie byłbym ani trochę zajebisty.

Bo miłość...
Aa.. sam nie wiem

Ale miłość, jest
mega zajebista
Jest niewyobrażalnie
kosmicznie fantastyczna
Jest po prostu
najedwabistsza.
Jest ostro po bandzie
Cudowna
Jest najlepsza
najmilsza, najsłodsza
Jest taka, że


Miłość jest

niedziela, 20 lutego 2011

Tradycyjnie znowu do lingiwstycznego wybryku Olafa


Ezoteryka Języka

Zamknięto mi drzwi przed nosem
Chwyciłam za klamkę
Znalazłam tam małpkę

Siedziała w kształcie klamki
trzymała w ręku pułapki

Wrzeszczę: Daj jedną!
Chcę złapać w nią demona
Inaczej się z nim nie uporam

Patrzy na mnie świetliście
W oczach zielonych jej liście
mlaska obślizgłym jęzorkiem
Zarzuca srebrzystym workiem

Chcę ją pogłaskać i wyrwać jej worek
Dotykam...
Pozostał jęzorek

Obrzylizgłe jego pulsowanie pod naporem mojej dłoni
Jest zimny i twardy
jak kawał niedogotowanej wołowiny

Upiekę go – myślę zszokowana
To zmięknie

Nie zmiękł
Zwyczajnie nie zmieścił się na patelni

Próbuję go przeskoczyć wzwyż
potem w dal

Im bliżej nieba tym dalej od niego
Im bliżej świata tym dalej od niego

Tylko na chwilę, bo wciąż obowiązują prawa:
Prawo grawitacji
I prawo tęsknoty

Wpadam na pomysł
i od razu działam:
obklejam go szczelnie własnoręcznie zrobioną masą ciasta
Ciągle gdzieś wystaje
Wyłazi jak wąż
Zimny, twardy, nieustępliwy
Zszywam go więc grubą nicią
Kombinezon myśli

Potem obojętnie zdzieram mu tę szatę
a ciasto zjadam:
„Skoczenie ich nad jem ijany” - szepczę ezoteryczne zaklęcie

Nie ma otworów gębowych bez języka
Język jest poukładaną myślą
Cieniem wieży Babel
becikiem logosu

akkaka rusjla!!!
Wybrzmiewa radośnie i świeżo
W pustej wilgotnej i ciemnej gębie klatki schodowej

Rulla akulla!!!!!
Odpowiadam rozbawiona
Jeżdżę na rowerze i codziennie dotykam języka
by otworzyć drzwi
To powraca
Ale dzięki tym powrotom
przyzwyczaiłam się, że nie wszyscy musimy mieć klamki w drzwiach
Tak jak wcześniej oswoiłam
tę straszną i niewytłumaczalną rzecz,
że w moich drzwiach zamiast klamki
jest małpka

klamka
małpka
kacja
racja
wygłupacja


spacja


Otworzyło się światło

Jego źródło w olbrzymim tunelu
Ten tunel jest czerwony i łatwo się tam poślizgnąć
Zdarza mi się to co krok
Nade mną inaczej niż mawiał Kant: równe zaokrąglone rzędy małych białych kości
Stąpam po czymś co jest miękkie i twarde równocześnie
Odbijam się od tego
Skądś znam ten kształt...

Iza Ochman





niedziela, 13 lutego 2011

Kokolejna wersja wiersza, wersja "konsumencka"

Drzwi czarne, polecam
wycieraczki ciemne, z delikatnych włókien z nosa nosorożca;
Poczuj wyjątkową moc wycierania.

Tabliczki z nazwiskiem brunatne i numerki nie jasne,
we wszystkich kolorach, tylko dla Ciebie.

Gdzie Znaleźć te drzwi, które światła wpuszczą ?!
Tylko u nas! W promocyjnej cenie.
Nie daj się zwieść podróbką i oszustom.
nie szukać klamki. Potrzebujesz drzwi.

Jeśli szukać schody, to tylko u nas.
Mamy w ofercie szeroką gamę schodów na każdą okazję
i do każdego wnętrza.
Gdy bez ruch, proponujemy specjalny model nieruchomych
Schodów, opracowany i atestowany przez Azteków.
Na spacer wzwyż mamy nas najnowszy wzór "Wieża Babel",
W którym przychodzą Ci z pomocą najnowsze osiągnięcia techniki.
Jeśli natomiast najdzie Cię ochota na skok w dal, nie czekaj!
Wystarczy tylko że zaciągniesz kredyt w dogodnych ratach na
schody typu "siedmiomilowe buty", których bogactwo i fantazja
wprawią wszystkich Twoich sąsiadów w zachwyt.

Dla wszystkich którzy zgłoszą się w ciągu najbliższych 5 minut,
Mamy nie WEJŚCIA, ale WYJŚCIA których zawsze pragnęliście!

Na kolejnych stronach naszego katalogu, znajdą Państwo przejścia
dla każdego i na każdą kieszeń! Dla klientów lubiących spokój i bezpieczeństwo - szare.
Dla osób o skłonności do nowych, szybkich samochodów, drogiej biżuteri i egzotycznych wycieczek
mamy przejścia puste. Dla tych z państwa, którzy cenią sobie własną indywidualność,
i pragną ucieczki od otaczających problemów i trosk, oferujemy przejścia obojętne.

Zaskoczeni tak wielkim wyborem i niską ceną naszych produktów? To jeszcze nie wszystko!

Mamy dla was Próby! Najwyższej jakości, sprowadzane specjalnie na państwa życzenie.
Do dyspozycji są Próby waszych ojców, poczuj szyk elegancji w stylu retro
Próby wasze życie, zawsze na czasie.

Nie czekaj, nie przegap okazji, Wejdź! Satysfakcja gwarantowana, lub nie i Wyjdź,
a my zapewnimy zwrot kosztów. Stajemy na głowie byś wyszedł zadowolony.
Nie zwlekaj, bo to już ostatnia szansa, końcówka sezonu, wyprzedaż i likwidacja
Wejdź do nas, zajrzyj, a nie pożałujesz.

A teraz nowość! OTWÓRZ się na nową jakość światła w galerii lamp! Setki lamp przygotowanych
dla nas na wyłączność przez najsławniejszych dekoratorów i projektantów.
Poczuj się wyjątkowym z najnowszymi energooszczędnymi żarówkami.

Nie bój się, pomożemy Ci wybrać akcesoria i produkty najlepsze dla Ciebie.
Damy Ci to, czego potrzebujesz, bez czego nie możesz żyć.
Bez czego jesteś nikim
Gdy drzwi są otwarte, wejdź, zanim ubiegną Cię inni.
Bój się, że możesz nie zdążyć, że zostaniesz w tyle, stracisz jedyną okazję.
i Popchnij lekko klamkę, sam się przekonaj, jak pasuje do dłoni i lekko chodzi.




wtorek, 8 lutego 2011

Kolejne wcielenie wiersza (wersja Agaty)

Zamęt, zamęt
Za dużo Drzwi
Więc brak Drzwi
Brak Wyjść
Wyjścia Brak
Wyjście Ewakuacyjne
Gdzie
Jak patrzą na nas
Z powątpiewaniem
Drzwi, których nie ma
które otwieramy
które wyważamy
obchodzimy i omijamy
Bo jest Klamka
Więc nie ma Drzwi
Ale jest światło
Światło jest Obok
Popchnij je lekko
I otwórz

niedziela, 6 lutego 2011

Najwyższy Konduktor i cyrkowa lalka

Płodny ten tekst Olafa. Wymyśliłam kolejny na jego bazie:

Opukiwałem
Drzwi
suchą dłonią
liczniki podsłuchiwałem
Albo one mnie?

Klamki czyściłem maścią jodłową

Słychać
To jedzie On
Najwyższy Konduktor
Ma tabliczkę z nazwiskiem
Zaraz, zaraz
Tam pisze...
Niedowidzę
Teraz jaśniej!
Skonieżwal Uprawiaz



To jednak niejasne...
choć jaśniejsze
niż przed minutą

Zajechał czymś jakby lokomotywą?
Pomrugał lepkimi oczami


Zawrócił
i pognał dalej na tej swojej maszynie...
Już wiem! Była to ogromna maszyna krawiecka


Ciągnęły się za nim zwisy ponurych szmat i sukien
tak smutnych
jak oczy królewny, której królewicza właśnie rozjechało
Na światłach
Na skrzyżowaniu Jemnej Jianya i Ciazszyta Puara

Po bokach pojazdu osuwały się smętnie
na skurzoną podłogę
bałaganiarskie kokardki krawieckie i wstążki byle jakie

Na moment zabłyszczały nożyce
ale takie jakieś ogrodowe
jakby mniej po tym szmacianym fachu
niż cała reszta

Z wielkiego pudła wyskoczyła
Zuzia
Lalka Nieduża
A na dodatek
miała twarz potwora,
choć jednak tkwiły w niej iskierki
mongolskiego piękna
Wołała do Konduktora
Skonieżwala
jedź, jedź, jeźdź!
A on pod nosem seplenił swoim matowym i jakby zakneblowanym
nićmi
głosem: "kacje, racje, racje, gacje"
i dodawał pędu rozgrzanej maszynie
naciskając dziwaczne przyciski
i kręcąc zamaszyście kołami
świata
Najwyższy Konduktor robił to wszystko
z taką dozą magii
jakby otwierał pudełko ze światłem


Ale kiedy już je do końca otworzył
tam sterczała tylko cyrkowa lalka na sprężynie
jakaś taka falliczna i wydumana

środa, 2 lutego 2011

Pby!

Iza zwróciła swą szczególną uwagę na "jiany". Trafne to było spostrzeżenie, bo tak jakby w jednym słowie, wyrwanym z kontekstu, można by zmieścić cały kosmos, a na pewno dużo więcej niż sam wiersz zawiera. Jedno słowo wyrwane z kontekstu, szczególnie to słowo które słownik wbudowany w moją przeglądarkę uparcie podkreśla na czerwono, jest jak portal do równoległej rzeczywistości. I niech ludzie myślą i zastanawiają się, drążą, węszą i analizują po co, a na co to "jiany". A "jiany" to tylko... powiedzmy - "nic", ale to w sumie tyle samo co gdybyśmy powiedzieli - "wszystko". Mnie już w momencie pisania tego pseudo lingwistycznego wiersza naszła też pewna refleksja nad jednym jedynym, pojedynczym słowem. Słowo mocne, silne, stanowcze, kategoryczne, potężne i całkiem bezsensowne - "Pby". Dźwięk samych spółgłosek podnieca moje filologiczne połacie mózgu aż do szaleństwa, i ja nie wiem, czemu tak jest, ale "Pby" ma moc. "Pby" jest jak tajemnicze zaklęcia starych, zapomnianych bogów. "Pby" gdzieś tam sięga samego środka. Dlatego jeszcze raz zwróciłem się do oryginalnego tekstu w poszukiwaniu inspiracji i zaczerpnąłem z niego, by stworzyć to to:



W pustą noc, gdy księżyc
snuje myśli o morderstwie
Gwiazdy są tylko plamami na suficie
Życie jest pęknięciem w ścianie
Tak jak miłość, piękno i łzy
ja czekam Pby!

O, gdybym raz brntn!
być może zapomniałbym zemsty
Tylko wiedzieć że nmrk.
Ty wiesz, Boże.
Nie chciałbym bym już nic więcej

Świateł i światów korowody
nad nimi drz
Otchłani ciemne jelita
gdz, gdz, gdz...

Słodka nędzo, gorzkie pragnienie
By twrz wznieść ponad gniew podeptany
By moc złączyć z bjtn i żyć, żyć!

Ale to tyle co plam na suficie sny
Gdy nie ma Pby...


Olaf Józefoski

wtorek, 1 lutego 2011

Co się wydarza za drzwiami?


Rzeczywiście pobudzające, postanowiłam się dalej tym pobawić. Do każdej zwrotki Olafa nawet tej jednowersowej ułożyłam swoją zwrotkę, która jest fabularna, opisowa i kreśli jedną z możliwych akcji, która wydarza się w tym tajemniczym, zamkniętym wytworze uformowanym przez Olafa i nazwanym, może przesadnie, potworem. Przesadnie, bo są odcinki tej drogi naprawdę optymistyczne i dla ucha dźwięczne jak np. jiany - jakie wzniosłe, a zarazem lekkie słowo. Co oznacza dla Ciebie "jian", albo w liczbie mnogiej jiany"? Z czym się kojarzy, jakie uczucia uruchamia? Jeśli jesteś czytelnikiem tego bloga, napisz, podziel się z nami swoją niepowtarzalną wizją. Tudzież drugie zadanie: zrób z tekstem Olafa co chcesz i prześlij do nas na adres: bakteriezk@gmail.com

Podsłuchiwacz 

Drzwi
Wycie ciemne
raczki, liczki tabzwiskiem brunumerki jasniene

i wyszczą
Klamnie

Schodukać
wzwyż uprawiać
skoniedal

w ejść
w yjść

Kolejne cia, szszte, puare, obojętne. Skoczenie ich nad jem ijany

Spotytwarze o oczonych pudeł
akkaka rusjla

Pby!
Wewywe lub nie jdź, jdź
jdź

Niezdewanie
obrzylizgłej
rawraca
kacje
racje
racje
gacje

i OTWÓRZ świ

Nie bój
Drzwi sągdy warte
resztą: BÓJ SIĘ
i pchnij kkoklamkę



W drzwiach, a może za drzwiami?
Wyje ciemna brunetka
(Dla podsłuchującego jaśniejąca)
Zdarza się to kolejny raz
Padają wyzwiska

Wrzeszczą jak klauny
Ona i ten ktoś
Robią z siebie idiotów
Puściły im emocje

Ich mowa zacina się od nadmiaru wrażeń
Zaraz ktoś poleci ze schodów
Albo pójdą uprawiać seks


Są od siebie oddaleni
W grę wchodzi więc też skok w bok

Jednak razem
Powtarzalność odruchów
Miarowy zegar ciał

To ich nie zszyło,
Ona poszła zaparzyć herbatę
pur – erh
Biedni są
Ciało
Tajemnicze są jego jamy
Ciało można jeść
Na wiele sposobów, z różnym przesłaniem
Niezwykłość połączenia z Bogiem jak u świętego Jana
- ijany

Spotykam ludzi których mądrość jak wielkie pudło
- pusta
Splatam się z nimi mentalnie
Potwornieję
Wydaję z siebie dźwięki pierwotne
Pierwotnieję

Psy parszywe
Powstrzymują we mnie wszelki ruch

Nie zdaję egzaminu z życia
To powraca
jak obślizgła drzazga wbija się we mnie do zrzygania
kac moralny i myślenie racjonalne


Otwórz świnio!
Nie bój się
Sąd orzekł, że nasze wspólne życie jest dużo warte
Możesz się nawet bać, jeśli chcesz
ale oddaj tę resztę uczucia, które w sobie więzisz
i puść w niepamięć wszystkie brudy



niedziela, 30 stycznia 2011

Drzwi
Wycie ciemne
raczki, liczki tabzwiskiem brunumerki jasniene

i wyszczą
Klamnie

Schodukać
wzwyż uprawiać
skoniedal

w ejść
w yjść

Kolejne cia, szszte, puare, obojętne. Skoczenie ich nad jem ijany

Spotytwarze o oczonych pudeł
akkaka rusjla

Pby!
Wewywe lub nie jdź, jdź
jdź

Niezdewanie
obrzylizgłej
rawraca
kacje
racje
racje
gacje

i OTWÓRZ świ

Nie bój
Drzwi sągdy warte
resztą: BÓJ SIĘ
i pchnij kkoklamkę


***

Czy nie przesadziłem? Chyba przesadziłem. Taki zwyczajny gwałt o aspiracjach by skracać raczej, łączyć i przenosić. Taka trochę zabawa literkami. Co z tego powstało? Och, chyba potwór. Wybacz Iza, następnym razem będę bardziej ostrożny. W każdym razie tworzywo wciąż jest wrażliwe, czy można by ten tekst dalej przerabiać? Myślę że tak...

Drzwi czarne
wycieraczki ciemne
tabliczki z nazwiskiem brunatne i numerki nie jasne
gdzie Znaleźć te drzwi które trochę światła wpuszczą
i wypuszczą
nie szukać Klamki


szukać Schodów
uprawiać spacer wzwyż.
nie skok w dal

WEJŚCIA
WYJŚCIA


kolejne przejścia, szare, puste, obojętne. Zaskoczenie ich udziałem gdy je mijamy
Spotykamy twarze o oczach pudełkowych
jak ruska lalka
jesteś
więc cię nie ma


Próby!
Wejdź lub nie i wyjdź

a potem Wejdź

Niezdecydowanie
obrzydliwość chwili obślizgłej
która wraca
Modyfikacje
Numeracje
Aliteracje
Dywagacje

i OTWÓRZ światło.


Nie bój się
gdy Drzwi są otwarte
A zresztą: BÓJ SIĘ
i Popchnij lekko klamkę

Mam nadzieję Olaf, że się nie obrazisz, że zgwałciłam Twój tekst, jeśli masz ochotę, możesz ten tekst również przetworzyć

Komentarz do wiersza piętro niżej

Od razu trzeba powiedzieć, że wiersz, który Olaf zamieścił jako nasz wspólny jest w moim odczuciu bardziej jego wierszem. Było to tak: pomysł na zajęcia nie nachodził mnie i wtedy wpadły mi w oko prace Jacka Rykały (wszystkich zainteresowanych odsyłam pod ten adres: http://www.jacekrykala.com/malarstwogaleria_pl.htm) i wtedy już wiedziałam wokół czego moglibyśmy się poruszać na warsztatach i pierwsze ćwiczenie jakie mi zaświatało to rozmieszczenie na kartce w sposób przypadkowy (przynajmniej z założenia) różnych słów związanych z tematyką przejść, schodów, bram, wejść, bo wydało mi się, ze jest to w tym malarstwie dość charakterystyczne. Potem się okazało, że bawię się formą, czcionką, że właściwie tworzę utwór, ale Olaf dopisując swoje słowa i tworząc zdania - wersy zaskoczył mnie i mocno, ale to mocno "odskoczył" od tego, co ja chciałam powiedzieć.
Piszę celowo tutaj, a nie w komentarzach, żeby wszyscy wiedzieli, że wiersz ten jest twórczą odpowiedzią Olafa na moją inspirację, że jest rodzajem rozmowy między nami, ale takiej dziwnej, w której ja wypowiadam się pojedynczymi słowami, a Olaf przypieczętowuje ich znaczenie i przymyka mi usta. Ciekawe Olaf jakby to było gdyby ja teraz zabrała się za dorabianie ciągu dalszego do Twojego wiersza?

Owoce współpracy

Witam i serdecznie pozdrawiam wszystkich wiernych obserwatorów tegoż bloga! (prawdopodobnie jest ich dwoje) Historia wymaga od nas, aby przełamać regres który ostatnimi czasy zapanował na blogu, a który mógłby doprowadzić do całkowitego porzucenia tej idei. Na szczęście tutaj z pomocą przychodzi wiersz, który ostatnio razem z Izą napisaliśmy podczas zajęć. Izie oczywiście należą się tutaj największe względy oraz róże, gdyż to ona stworzyła kręgosłup tego utworu, jego prawdziwe ramy i ukryte w pustych polach przesłanie, ja jedynie puste pola zalałem odrobiną mojej fantazji. Tyle słowem wstępu, oto owoc współpracy:



Drzwi czarne, wycieraczki ciemne, tabliczki z nazwiskiem brunatne i numerki nie jasne
gdzie Znaleźć te drzwi które światła wpuszczą ?!
nie szukać Klamki


szukać Schody, ale gdy bez ruch, bo to nie spacer wzwyż.
ani skok w dal i nie WEJŚCIA
ale WYJŚCIA pragniemy!


kolejne przejścia, szare, puste, obojętne. Zaskoczenie ich udziałem gdy je mijamy


a my Próby!
Próby naszych ojców
Próby naszym życiem. Wejdź lub nie i wyjdź
a potem Wejdź


 i OTWÓRZ światło.


Nie bój się
gdy Drzwi są otwarte
bój się
i Popchnij lekko klamkę 


Iza Ochman oraz Olaf Józefoski

poniedziałek, 10 stycznia 2011

Gdy paliło się getto...

Posty Opowiadanie Stefana Chwina pt. "Róża zbawienia". Starszy profesor, niezwykle ceniony za dorobek naukowy, całe życie oddany badaniom i analizom współczesnej literatury polskiej. Pewnego dnia nazwiska poetów i pisarzy zaczynają mu się dziwnie odklejać od imion, podczas wykładów opowiada kwieciście o Ferdydurke Czesława Gombrowicza, Traktacie moralnym Witolda Miłosza, Panu Cogito Zbigniewa Krynickiego. Studenci odczytują to jako żart, każdemu wypowiadanemu przez profesora zdaniu towarzyszy specyficzny chichot, który stosuje od lat, później jest podejrzewany o zmęczenie, wreszcie uczelnia wysyła go na długi, długi urlop. Tam, siedząc w swoim opustoszałym gabinecie, jest przekonany, że ostro pracuje, że pisze rozprawy o Herbercie. Tymczasem całe dnie przepływają na niczym. Czyta książki do góry nogami, zamiast układać zdania, kreśli w notatniku przeciągnięte w nieskończoność linie. Jeszcze jest zapraszany na uroczystości wręczania nagród literackich, odświętnie ubrany pełni godności i składa gratulacje. Ale kiedy po długim i mądrym przemówieniu zamiast wywołać nazwisko zwycięscy poratowuje (cyt. jak wyżej) się swoim chichotem, zostaje brutalnie wycięty z życia uczelnianego i jakiegokolwiek. Przeniesiono go do hospicjum, gdzie raz odwiedzony przez córkę, staje się przyczyną jej zdezorientowania, zawiedzenia, bo nie potrafiąc jasno odpowiadać na pytania eleganckiej kobiety, jest przez nią postrzegany jako zagrożenie, jako niejasny porządek, zakłócenie normalności, kobieta reaguje na chorobę lekko histerycznie i pragnie swoim zachowaniem przywrócić ojca "do porządku". Nic jej nie można zarzucić, z pozoru kocha tego człowieka i tak bardzo martwi się jego nieszczęściem. W hospicjum raczej już się nie pojawi, za to mężczyną opiekują się dwie kobiety, które wykonują swoją pracę na 5, żadnego przepychania, obleg itp. Chory jest w ich rękach nic nie wiedzącą, nie czującą maszyną, z którą trzeba się obejść nienagannie, ale przecież nie jak z kimś, kto żyje i czuje. Mówią do niego "niech wejdzie, niech zje..."itp. Ksiądz przychodzący co rano z hostią podaje szczegółowy instruktaż jak opłatek wziąć w usta, co z nim zrobić dalej, nie wspomina o znaczeniu tego, co się dzieje, choć przecież musi wiedzieć, że człowiekowi którego ma przed sobą właśnie znaczenia uleciały z głowy. W tej sytuacji tylko potwory żyją jeszcze i odwiedzają staruszka, rozmawiają z nim prawdziwie, np. jakiś studenciak, który przepytuje go z tabliczki mnożenia pod groźbą, że jak nie odpowie, to nie zostanie wpuszczony do nieba, tylko wysłany do komory gazowej. Powtarza jak nauczyciel uczniowi w szkole, że ma się skupić, że jest czołowym intelektualistom polskim i że patrzy na niego cała Europa, wymachuje mu przed oczami jego dyplomem doktorskim z podpisem samego Ingardena, grzmi, że nie może zawieść, że musi dać przykład całemu narodowi. Jak kamienie na beton padają na starego pytania: gdzie i kiedy urodził się Adam Mickiewicz? Kto i jakim piórem napisał Lalkę? Co to są fundusze unijne? Jaka jest idea przewodnia Króla Ducha? Kim był Czesław Miłosz? Nie ma ani chwili na zastanowienie, w ruch idzie drewniana linijka "aż zimne igiełki bólu przeskakują pod paznokciami"("Pod dobrą gwiazdą. Opowiadania", Wyd. Znak, Kraków 2009 ). Zły duch przypomina profesorowi wszystkie te wykłady do których był nieprzygotowany, nie pamiętał nazwisk, nie miał pojęcia o czym piszą prace jego doktoranci. a następnie pada pytanie: "Co powie na to twoja biedna matka i Jan Paweł II, którego dłoń uścisnąłeś osobiście w obecności samego prymasa Polski?" (cyt. jak wyżej)

Niewątpliwie, co zresztą bardzo pięknie podpowiada nam opowiadanie, dusza (bogata i wypielęgnowana, dzika jak ogród botaniczny, nieugrutowana, utreściowiona, rozległa, acz zaczepiona o Boga) mogłaby uratować życie tego człowieka, które niszczone konsekwentnie przez siły zewnętrzne jest jednak najbardziej degradowane od środka i to nie przez chorobę psychiczną, zaburzenia pamięci, ale przez brak jakiegokolwiek życia duchowego, przez lęk i wizje z przeszłości upiornie zmiksowane i w tym kształcie niestety nad wyraz prawdziwe.

"Ze wszystkiego, co powinna pamiętać, dusza pamięta tylko słowa księdza Worochowskiego, katechety z kościoła Świętego Krzyża, który w roku 1943, gdy paliło się getto, krzyczał z barokowej ambony, że wszyscy chłopcy, którzy nieprzystojnie bawią się sobą pod kołdrą, trafią do rozżarzonego krematorium piekła"(cyt. jak wyżej)

Iza Ochman