Witajcie,
kosmologia i człowiek, kosmos w człowieku, człowiek w kosmosie...
* * *
bezdech
cień
w jądrze komety
zasnuwa
oczy drżą
i tylko prosta tak po prostu
lekko
biec może w nieskończoność
hipotetycznie nie podlega ciążeniu
które zakrzywia czasoprzestrzeń
i ludzi
Renata Batko
Na początek: piękny, oksymoroniczny tytuł, coś w stylu „Nieznośna lekkość bytu” tylko jeszcze bardziej finezyjny i odkrywczy. Nasze istnienie jest warunkowane prawami fizyki i matematyki. Autorka spośród wielu wybiera kilka pojęć z tego obszaru: grawitacja, ciążenie i linia prosta ciągnąca się w nieskończoność. Bardzo ciekawe zresztą, że prosta nie tylko biegnie do nieskończoności i nigdzie się nie kończy, przynajmniej nasze poznanie nie może spotkać się z jej końcem, ale co ciekawsze prosta również zaczyna się w nieskończoności, tyle że plusowej tym razem. Dodatnia i ujemna nieskończoność to rzeczy dla mnie niewyobrażalne. O ile ogólnie jakoś radzę sobie z tym pojęciem, o tyle jego obszary + i – to już za dużo. Najkrócej mówiąc: nieskończoność jest dla mnie zwyczajnie Bogiem i tak jak prosta zaczyna się i kończy w Bogu, tak człowiek również.
OdpowiedzUsuńZwykła prosta jest nie do ogarnięcia od początku do końca, postrzegamy zawsze jej fragment. Cóż dopiero: kosmos. Zresztą ten kosmos ukazany tu przez Renię, to kosmos „liturgiczny”, człowiek jest w niem mistycznie zanurzony i nosi go w sobie. Kojarzy mi się to z buddyjską wiarą, że wszystko jest jest jednością. Pojedynczy byt nie musi być pojedynczy, aby był identyfikowalny.
Człowiek ma swoją ciemną podszewkę. Zrobiłam nawet kiedyś zajęcia o cieniu, ciemnej stronie psychiki, bo temat mnie frapuje. Renia wymienia jednym tchem: bezdech i cień. Obydwa te pojęcia odnoszą się do pewnego niedostatku, bezdech jest brakiem oddechu, a cień jest miejscem tuż obok właściciela cienia, ale nigdy nie jest samym właścicielem. Miejsca „tuż obok” są denerwujące, stąd autorka powołuje do życia w tym krótkim tekście jądro komety, czyli samo centrum, tu byt zostaje przyłapany na gorącym uczynku, widzimy proste jak biegną w nieskończoność i jasno, jak na dłoni postrzegamy fakt, że biorą swój początek także w nieskończoności. Widzimy nienasycone oczy ludzkie, które drżą, czyli właściwie postrzegamy czyjś oczopląs, splątanie widzenia, pogmatwane widzenie. Jakże czasem nieprosto patrzeć prosto! Życie jest obciążeniem. Skoro nawet lekkość bytu bywa nieznośna, cóż dopiero te wszystkie oczopląsy (niedosłowne, ale dosłowne też by tu pasowały). Pozostaje jeszcze kwestia nieprzystawalności do prostej, którą można by tu rozumieć jako miernik normalnego, przeciętnego życia? Ale właściwie nie ma czegoś takiego jak „normalne życie”, ono jest ze swej natury jednorazowe, niepowtarzalne i nienormalne. Często się mówi, że to te „nienormalności” nas zakrzywiają (jakie piękne słowo wydobyłaś z zapomnienia),czas zaczyna wtedy biec krzywo i ludzie o niego oparci są jakby „skręceni” na skutek swoich utrapień, ograniczeń, nałogów. Tak się czasem zastanawiam, czy te różne historie „nieproste” przypadkiem nas nie prostują właśnie, bo inaczej po co były?
Na koniec jeszcze jeden interesujący motyw: jądro komety. Komety są dziwne, po orbitach krążą wokół słońca same jądra, składające się ze skały i lodu (fantastyczne połączenie), ale wskutek zbliżania się tych jąder do słońca komety „nabierają głowy”, bo kiedy woda znajdująca się w jądrze zaczyna parować, to tworzy się coś na kształt gazowej otoczki i to ona właśnie nazywana jest głową. Nasuwa mi się takie odjechane i ryzykowne skojarzenie: Racjonalność, rozum i robienie czegoś „ z głową” jest w naszej kulturze bardzo pożądane i wynagradzane, natomiast uczucia, intuicje notorycznie spycha się na margines. Tymczasem to dusza jest jądrem, centrum od którego odchodzą wszystkie najważniejsze korzenie: dynamit pasji, prawdziwych relacji ze światem, eksplozja zmysłów, pomysłów, mądrość, kontakt z absolutem. W jądrze jest także miejsce na rozum, wszak połączenie miękkiej wody (dusza) z twardą skałą (rozum) na to wskazuje, ale niejednokrotnie zapodajemy sobie taką parówkę, taką otoczkę gazową, żeby wydawać się bardziej inteligentni, przebieglejsi, zaradniejsi, obeznani. Nie kontaktujemy się wtedy prawdziwie ze słońcem (światło, ciepło), ale po to żeby uzyskać doraźny, widoczny efekt (głowa). Pewnie dlatego niektórzy wybierają kierunku studiów, do których brak im naturalnych predyspozycji, a inni męczą się w korporacjach, upięci w ciasny kostium maniery i intelektu.
OdpowiedzUsuńReniu! Twój wiersz być może popchnął mnie o wiele kilometrów za daleko, ale to raczej świadczy o jego sile. Inspiracje fizyką i matematyką były nienachalne, ale dyskretnie przemycające język symbolu, bo wbrew pozorom jest on tym dziedzinom dość bliski.