sobota, 18 grudnia 2010

Śmietnisko i krążący wokół niego ateiści


Podzielę się z Wami miseczką smakowitych refleksji, które podsłuchałam na wczorajszym spotkaniu z Wacławem Oszajcą. Ten nietuzinkowy poeta, publicysta, jezuita pokazał przybyłym swoje odczytanie nowego tomu Julii Hardwig „Jasne niejasne”. On czytał,to znaczy fizycznie czytała te wiersze jakaś kobieta z radia, bardzo utalentowana, bo swoim głosem przenosiła wszystkich od stołów udekorowanych obrusami, zastawionych ciasteczkami i herbatą, przy których siedzieliśmy, do świata w którym wokół słów wirowały znaczenia. Żadne z nich nie było uprzywilejowane, krążyły dostojnie i płynnie po orbitach. Które kto zabierze? Każdy ma swój sens, swoją historię, niepowtarzalne doświadczenia. Jak pisze Hardwig w wierszu „Imię”, każdy człowiek, w momencie swego narodzenia dostaje też sekretne imię, którego nie zna i poznać nie jest w stanie. Oszajca mówił za to, że wiersze nie są produktem artysty, takim jak buty, czy chleb, że one gdzieś są, istnieją i tylko przychodzą do człowieka. Sens przychodzi do człowieka w najmniej oczekiwanym czasie, w nieuroczystej przestrzeni. Na przykład w łazience. Oszajca chciał wyrazić pogląd, że człowiek nie w kościele jest najbardziej prawdziwy, szczery, i najdosłowniej nagi, ale właśnie w łazience, miejscu, które jest w jakiś sposób marginalizowane i chyba częściowo owiane tabu. Zakonnik zauważa, że wiele rzeczy ważnych w naszej chrześcijańskiej tożsamości wydarza się właśnie w miejscach brudnych i gorszych: Chrystus rodzący się nie w uroczej, cieplutkiej stajence, ale w ciemnej, szpetnej grocie, w owczarni, a potem umierający na Golgocie, która w tamtych czasach była swego rodzaju wysypiskiem. Prawdziwa historia toczy się na śmietniskach świata. Zawsze lubiłam Białoszewskiego bo jest poetą śmietnisk, odpadków, złotych odprysków. W związku z tym byłam też za tym żeby naszej grupie nadać nazwę „złomiarze wrażeń”, bo artysta to dla mnie taki ktoś, kto przezłomowuje rzeczywistość, która go pochwyciła i czyni z niej coś nowego, innego w swym kształcie i kolorze, może tylko nieco przypominającego stare. Zresztą Oszjaca fajnie nam przypomniał, że sztuka nie jest odzwierciedleniem otaczającego nas świata, ale z tego co nas spotyka, jak mniemam, można upleść czasem ładny wianek. Uwaga została zwrócona także na inną rzecz, że każdy jeden dzień, który minął jest dla nas tym cenniejszy, że właśnie minął, że jesteśmy o niego bogatsi, nie biedniejsi. Przypomniany został grecki symbol mijającego czasu, którym jest wąż zjadający swój własny ogon, a tym samym układający się w okrąg. Wąż ten jest, istnieje, ale zarazem ciągle go ubywa. Co mi przychodzi do głowy: pętla się zacieśnia. Wszyscy są coraz bliżej śmierci. Biblia daje natomiast linearny obraz czasu. Czas biegnie sobie ku nieskończoności, ale tego czasu nam wcale nie ubywa, ale przybywa, gdyż każdy dzień nas czegoś uczy i coś nam pokazuje.
Na koniec podzielę się chyba najbardziej szokującym poglądem jaki tego dnia usłyszałam z ust jezuity, że najlepszym wierzącym można stać się będąc uprzednio dobrym ateistą, gdyż ateista niczego już od Boga nie oczekuje i może pozwolić sobie na luksus bezinteresownej wiary.
Iza Ochman

sobota, 11 grudnia 2010

Jeszcze o mistrzach zen

Zainspirował mnie cytat, który pojawił się parę postów wcześniej, dlatego wróćmy jeszcze na chwilę do mistrzów...

Agata


"Mistrzowie zen powiadają, iż nie można zobaczyć swojego odbicia w płynącej wodzie, tylko w stojącej."


Kiedyś, wiele lat temu, odbyłam z polecenia Mistrza daleką podróż na zachód, aby dostarczyć tam jego cenne rękopisy. Mimo, iż byłam pełna obaw, zgodziłam się bez słowa, ufając w jego wielką mądrość. Dotarłam na lotnisko gdy było jeszcze zupełnie ciemno, a wschód słońca oglądałam będąc sama wysoko na niebie. Zaskoczyło mnie, że prawie w ogóle nie czułam strachu. Jakby wreszcie udało mi się osiągnąć coś, do czego od dawna dążyłam. Byłam tak daleko od ziemi! Wszystko wyglądało dokładnie tak jak na mapach. Kto by przypuszczał? No i nie było widać ludzi, ani zwierząt... To takie dziwne. Wydawałoby się, że jest ich tak dużo.

Gdy doleciałam na miejsce, moje obawy wróciły ze zdwojoną siłą. Poczułam się bardzo zagubiona wśród tłumu spieszących w różne strony ludzi z walizkami. Śmiali się, płakali, żegnali i witali - wszystko w jakichś dziwnych, do niczego nie podobnych językach. Nagle poczułam, że ktoś dotyka mojego ramienia i usłyszałam swoje nazwisko. Odwróciłam się gwałtownie. Przede mną stał mężczyzna w bliżej nieokreślonym wieku i o równie nieokreślonych rysach twarzy. Podobnie jak tysiące jemu podobnych, mógł mieć dwadzieścia pięć, albo i trzydzieści pięć lat; był gładko ogolony, nosił standardowe prostokątne okulary i elegancki, choć zupełnie pozbawiony oryginalności płaszcz. Z uprzejmym uśmiechem przedstawił się po angielsku i wyciągnął rękę w moją stronę. Przez ułamek sekundy zawahałam się, ale zaraz uścisnęłam jego dłoń, tak jak mnie uczono. Następnie zostałam zawieziona do ogromnego, wielopiętrowego budynku, w którym mieścił się hotel. Mężczyzna poinformował mnie jeszcze, że przyjedzie po mnie o osiemnastej, aby zawieźć mnie na spotkanie z jego szefem, po czym odjechał, nie przestając się uprzejmie uśmiechać. Wyczerpana taką ilością nowych wrażeń położyłam się na szerokim łóżku w moim apartamencie i natychmiast zasnęłam.

Na całe szczęście obudziłam się przed osiemnastą. Zdążyłam jeszcze szybko wziąć prysznic i przebrać się, gdy usłyszałam stukanie do drzwi. Chwyciłam przygotowaną teczkę z rękopisami. Byłam podekscytowana. Człowiek, któremu zależało na sprowadzeniu prac Mistrza z drugiego końca świata musi sam być wielkim Mędrcem.

Kolorowe światła, tłum ludzi, billboardy - to wszystko migało mi przed oczami, gdy mknęliśmy szerokimi ulicami. Ciekawe, jak to jest żyć tutaj. Zupełnie inaczej? A może w gruncie rzeczy tak samo? Nie pamiętam jak długo jechaliśmy. Zaparkowaliśmy przed jednym z tych niesamowicie wysokich, oszklonych biurowców. Wjechaliśmy windą na jedenaste piętro, gdzie mieściło się biuro dyrektora. Mężczyzna wskazał mi właściwe drzwi, ale sam nie poszedł dalej. Dyrektor oczekiwał mnie siedząc wygodnie w skórzanym fotelu, za biurkiem. Gdy weszłam, wstał, wymieniliśmy zwyczajowe uprzejmości, po czym zaproponował żebym usiadła.

Nie mogąc już dłużej powstrzymywać ciekawości zapytałam, starając się jak najpoprawniej wyrażać po angielsku:

- Dlaczego wybrał pan właśnie rękopisy Mistrza?

Moje pytanie chyba go zaskoczyło, a z pewnością rozbawiło:

- Bo to będzie świetna książka! - odpowiedział - Ludzie lubią takie rzeczy. Szkoda, że nie od razu w wersji komputerowej, przepisanie i przetłumaczenie zajmie sporo czasu... No, ale przecież trochę się to skróci, uprości, więc może nie potrwa to aż tak długo.

- Książka? - upewniłam się, że dobrze zrozumiałam. Czemu Mistrz nic mi nie powiedział?
- Tak, książka. Dlaczego pani pyta?
- Taka dla nowych uczniów Mistrza...? - próbowałam jakoś to ogarnąć, ale nie potrafiłam.

Mężczyzna jeszcze bardziej wybałuszył oczy, po czym roześmiał się.
- Tak, można tak powiedzieć. Wie pani, dzisiaj ludzie chcą czytać takie mądre, egzotyczne teorie, których w większości nie są w stanie zrozumieć. To im daje poczucie sensu w życiu, czy czegoś tam jeszcze. Półki w księgarniach uginają się od poradników typu: jak żyć?, jak być szczęśliwym?, i tak dalej. To się świetnie sprzedaje. No dobrze, proszę mi dać te materiały i nie będę już pani zabierał czasu.

Czułam się zupełnie skołowana. Drżącymi rękami chwyciłam teczkę, ale wyślizgnęła mi się i spadła na podłogę. Oboje rzuciliśmy się, żeby pozbierać rozsypane kartki. "Mistrzu!" - myślałam - "Czy to prawda? Czy to w ogóle możliwe?". Mimowolnie spojrzałam na tekst i utkwiło mi w pamięci jedno zdanie: "Mistrzowie zen powiadają, iż nie można zobaczyć swojego odbicia w płynącej wodzie, tylko w stojącej." Tamtego wieczoru długo krążyłam po tym dziwnym mieście. Nigdzie nie było stojącej wody.

wtorek, 7 grudnia 2010

But i wieża

Opowiem Wam historię, która przydarzyła się moim teściom. Teściowa kupiła sobie nowe buty, tym razem postawiła na wygodę: był to dość masywny, prosto wykonany obuw. Chodziło jej się elegancko, szczególnie, że do pracy ma kawałek drogi, a samochodu nie prowadzi. Pewnego dni mój teściu przyjechał późno do domu i od razu położył się spać. Jego żona wstała jak zwykle skoro świt i bardzo zaspana, rozbiegana, zamyślona pognała do pracy. Kilka godzin później telefon od męża: "Gdzie są moje buty", przerażona spogląda na swoje nogi i ze zgrozą stwierdza, że przetaszczyła się przez pół miasta w butach za dużych o 6 numerów! Kiedy o tym opowiadali śmiali się szaleńczo i sami nie mogli uwierzyć w to, co się stało. Teść ponoć zorientował się wcześniej, co zaszło, bo kiedy zaczął poszukiwania swoich butów to zajrzał do szafki, a tam stały równiutko, jedna obok drugiej wszystkie pary butów, jakie tylko jego żona posiada i pomyślał "no w czym ona poszła, boso?" Napisałam wiersz z tej okazji:

U stóp wieży pantofel leży
ale żadna z tych stóp
nie ma takiego rozmiaru jak on
Kto wykonał tego cholernego buta?
To poruta
Nie można w to uwierzyć
że u samych stóp wieży
niepasujący na nie pantofel leży




Na koniec opowiem Wam jeszcze bajkę.
O dwóch takich co znaleźli siebie
W nieodległej krainie żyła sobie bardzo dysfunkcyjna rodzina, a w niej piękna, młoda kobieta, której matka zmarła przed kilkoma laty a ojciec ponownie się ożenił. Macocha i przyszywane siostry bardzo gnębiły młodą, która całymi dniami musiała zaharowywać się, ciągle nią pomiatano. Nadano jej także przydomek Kopciuszek. Któregoś razu odbywał się w okolicy wielki bal, podczas którego książę pragnął znaleźć swoją drugą połowę. Macocha wraz z siostrami ubrały się wybornie, doskonale, z pomocą znanego stylisty dobrały dodatki i po wielu wielu godzinach solidnych przygotowań odjechały do pałacu pozłacaną i nakrapianą gdzieniegdzie różowym futerkiem karocą. Kopciuszek tymczasem wyszeptała swoje największe marzenie, rumieniąc się przy tym i trzęsąc. Brzmiało ono tak: „żeby tata odnalazł swoją prawdziwą miłość, którą z całą pewnością nie jest ta okropna kobieta, moja macocha, która nie potrafi okazać ani odrobiny ciepła nikomu.”Wtem w oknie pojawił się niezwykły anioł kształtem przypominający motyla, miał czerwone nakrapiane skrzydła, a środkowa część jego ciała pokryta była wielobarwnymi, poziomymi paskami. Spowijała go kolorowa aura, w pokoju zapachniało wspaniałymi owocami, jakie mogą istnieć tylko w raju. „A to ci dopiero egzotyczny gość” pomyślała Kopciuszek. „-Przyszedłem aby spełnić Twoje życzenie. Jeśli rzeczywiście też tego pragniesz, musisz pojechać wraz ze mną do pałacu, na bal.” -Na bal? To wykluczone, nawet nie mam co na siebie włożyć”. Zaraz wyczarujemy piękną sukienkę i dodatki. Chwilę później w chacie rozpoczęło się prawdziwe widowisko. Anioł wyciągał w z kapelusza różnobarwne chusty, suknie o wszystkich możliwych kolorach i fasonach, biżuterię z ogromnymi, kolorowymi kamieniami, płaszcze wyszywane złotem i srebrem. Kopciuszek mierzyła to wszystko w takim podekscytowaniu, że zakręciło się jej w głowie, jak zahipnotyzowana ubierała kolejne suknie i bransolety. W końcu anioł musiał zdecydować za nią, bo była jak nakręcona. Robiło się coraz później, anioł pośpieszał, Kopciuszek zakładała ostatni dodatek – naszyjnik z wiszącymi mosiężnymi kluczami pociągniętymi różową farbą. Wychodzili. Wokół panował straszny chaos, anioł powoływał z powrotem w niebyt te wszystkie rzeczy, których ogromne ilości nawyczarowywał. Kopciuszek rzucała jeszcze ostatnie spojrzenia do swojego odbicia w lustrze w przedpokoju. Anioł, posprzątawszy już wszystko, wyprzedził ją zwinnie podskakując lekko na swojej jakby gumowej nodze i pokazał jej klucz do karety, co znaczyło „odjeżdżamy”. Piękna panna wybiegła z domu, a po głowie chodził jej widok tego klucza, który przed chwilą pokazał jej anioł. Był to jakby powiększony jeden z tych kluczyków które miała na szyi. Wsiedli. Kareta miała napęd kosmiczny (nie w przenośni, a dosłownie) i za moment byli już przed pałacem. Przed wejściem na salę, anioł uczynił siebie niewidzialnym, a Kopciuszkowi jeszcze dodał uroku. Ale na nic się te zabiegi nie zdały, śliczna panna stała podpierając ścianę i byłoby tak zapewne do końca imprezy, gdyby nie to, że anioł podszepnął jej do ucha, że powinna sama pójść i porwać księcia do tańca, że życie to nie bajka i nie wolno czekać, aż mężczyzna cię zdobędzie, tylko szybko oferować co się ma. Kopciuszek podbiła więc do księcia, ale ten stał niewzruszony, potem jednak się rozruszał i na tańcach się nie skończyło. Tak go śmieszyły dziwaczne stroje dziewczyny: jej zielono – złoto – czerwone pantalony, jej figlarna halka w żółte prążki, skarpetki w kształcie myszek, rajstopy w białe żabki, kluczyki na szyi, pierścionki z wizerunkami Shreka i Harrego Pottera, że postanowił, że tylko ona może zostać jego żoną, że przynajmniej będzie mu z nią zabawnie. Ale skoro wybiła dwunasta, Kopciuszek, powoli, gadżet po gadżecie zaczęła się przemieniać w tę sierotę, którą była jeszcze parę godzin wcześniej. Kiedy się zorientowała, co się dzieje, wybiegła z pałacu. Wróciła do domu, a skoro świt cały dom został obudzony przez poddenerwowanego ojca, który żałośnie pytał „Gdzie jest mój drugi but?” Oczywiście nikt by się nie domyślił, co się stało z ojcowskim butem (nawet sama Kopciuszek, która ubierając go była jakby w amoku i do dziś nie pamięta tego fragmentu przygotowań do balu), gdyby kilka godzin później nie zastukał do drzwi książę z butem w ręku. Ojciec otworzył mu drzwi w jednym bucie i rozpoznając zarówno królewicza jak i swój własny trzewik, z miejsca zemdlał. W przybyłym natomiast obudziły się niebywałe uczucia, jak w transie zmierzył omdlałemu brakujący trzewik, po czym powiódł go do karety i dalej na zamek, a następnie żyli długo i szczęśliwie.

Iza Ochman

niedziela, 5 grudnia 2010

Kryty basen


Od wczoraj trwa w moim domu takie trochę większe sprzątanie. A że ja przeważnie uprawiam taki melancholijno – nostalgiczny styl porządkowania (świątecznego, ale nie tylko) to zapatrzyłam się na jedną z półek z książkami. Czytam tytuły po kolei, przekonana, że ich zestawienie objawi mi teraz jakiś sens:
„Dziecko w świecie marzeń”
„Poszukiwania duchowe z Tonym de Mello”
„Krytyka polityczna”
„Sentencje anielskie”
„Jutro pójdę w świat”
„Przedsiębiorczość bez tajemnic”
„Umysł społeczny”
„Młoda Polska”
„Ułamki filozofii”
„20 pocztówek z kopertami”

Odczytałam sobie w głowie ten spis, który momentami mnie śmieszył, lub przerażał i przypomniałam sobie zadanie domowe: utwór o wieży. Jakikolwiek. Wieża jako motyw przewodni, poboczny, a nawet niebyły. Ten ostatni wariant wskazuje na to, że nie lubię zadań domowych i że niefajnie, że one ciągle coś narzucają, bo ćwiczymy w nich to lub tamto, a na tych Warsztatach Twórczych mamy ćwiczyć przede wszystkim siebie, a ćwiczenie siebie nie może polegać na tym, że ktoś Ci bredzi zrób to lub tamto. Posłużę się tu słowami św. Augustyna: „kochaj i rób co chcesz”. Zajęcia, które prowadzę (a które wszyscy wspólnymi siłami tworzymy) mają na celu, by każdy z uczestników odnalazł w sobie skarb, jedyny i niepowtarzalny, najbardziej cenny dla swojego właściciela, bo świat może coś w nas dostrzec, lub nic nie dostrzec, może nas obrzucić błotem, lub obwiesić medalami, ale to nie może być miarą naszej wartości. Jeśli sami dla siebie posiadamy skarb, to jesteśmy bogaci i już. A wracając do wątku zadań domowych i wszelkich innych: traktujmy je twórczo i raczej dopasowujmy je do siebie niż siebie do nich. Zresztą Olaf tak zrobił ostatnim razem, bo popolemizował z cytatem, który, zdawałoby się, narzuca już jakiś punkt widzenia. No to odrabiam zadanie:

Wieża


„Dziecko w świecie marzeń”
„Poszukiwania duchowe z Tonym de Mello”
„Krytyka polityczna”
„Sentencje anielskie”
„Jutro pójdę w świat”
„Przedsiębiorczość bez tajemnic”
„Umysł społeczny”
„Młoda Polska”
„Ułamki filozofii”
„20 pocztówek z kopertami”

Jutro
Ułamki
Polska
Polityczna
Duchowe dziecko
Pójdzie w świat


Krytyka w świecie marzeń
Przedsiębiorczość anielska
20 pocztówek filozofii
Poszukiwania społeczne



Iza Ochman



poniedziałek, 29 listopada 2010

Koniec i bomba, a kto czytał ten trąba.

Zabieram się do tego posta (a w zasadzie zadanie domowego, choć to tak nieprzyjemnie brzmi), po raz trzeci, no i do trzech razy sztuka, mam nadzieję... Zaraz się okaże... No, zaczynam.

[dopisek późniejszy: Najpierw parę słów wyjaśnienia. Na ostatnich zajęciach Iza poleciła nam do napisania tekst (to miało być opowiadanie? Analiza? Nie pamiętam) w każdym razie mieliśmy się kierować, inspirować czy coś, pewnym cytatem, mianowicie: "Mistrzowie zen powiadają, iż nie można zobaczyć swojego odbicia w płynącej wodzie, tylko w stojącej.". Poniżej oczywiście efekt mojego wysiłku w tym temacie.]

Przepraszam, ale chciałbym najpierw, żeby Mistrzowie powtórzyli, za pozwoleniem... nie można zobaczyć swojego odbicia w płynącej wodzie, tylko w stojącej? O to chodzi, Mistrzowie? Nie macie poważniejszych zmartwień, Mistrzowie? No dobrze, nie ulegajmy pokusie i nie lekceważmy sobie tej sentencji, od biedy każda, choćby najgłupsza, sentencja może się okazać cenna, gdyż próbując ją rozgryźć odkrywamy siebie (rodzaj lustra, gdy interpretując czasem coś sumiennie, nic innego nie odkrywamy poza własnymi myślami).
Tylko że czemu w stojącej wodzie, a nie w wartkim nurcie... Raczej bym postrzegał odbicie człowieka, jego charakter i osobowość jako coś ulegającego ciągłym przemianą i wciąż na nowo odkrywanego. Czemu więc w stojącej wodzie, która kojarzy mi się z zastałym bajorem. W stojącej wodzie ponadto, jest coś chorobliwego, gdyż taka woda najczęściej jest stopniowo pokrywana przez glony i cały staw czy jezioro z czasem zmienia się w bagno. Dlatego też w stojącej wodzie nie ma żadnej przyszłości, jest tylko to, co teraz, żaden nurt nie ciągnie nas mimo woli dalej. Tu mamy jakby pierwszy trop, coś co nam sugeruję że chcąc poznać  siebie powinniśmy skupić się na tym, co jest teraz, kim teraz jesteśmy. Nie określać siebie poprzez to, kim planujemy być, czy kim byśmy chcieli być. Pewna pokora wobec twardej rzeczywistości, która  jest jeszcze trochę pewna, bardziej niż przyszłość. I trzeba mieć czas, trzeba się zatrzymać i odstąpić na chwilę od gonitwy, stanąć, żeby móc prawdziwie wniknąć w głąb siebie. Co z przeszłością? W przypadku stojącej wody to zazwyczaj wspomnienie dawnej świetności, pewnie niejednokrotnie bogatej jak przyjrzeć się polodowcowym jeziorom. W tym przypadku też byśmy może dopatrzyli się (gdybyśmy uparcie chcieli) pewnych związków z życiem człowieka, które po początkowej fazie rozwoju popada w pewien regres. W każdym razie, punkt pierwszy: najważniejszy jest obecny moment.
Dalej. Zwykło się mówić, że cicha woda, brzegi rwie. Niewątpliwie rzeczona stojąca woda może nam się wydawać cicha (byle nie w okresie żabich amorów). Jednak nie jest w stanie zagrozić poważnie żadnemu brzegowi. Tylko płynąca woda ma w sobie potencjał i siłę, która żmudnym wysiłkiem rzeźbi skałę i lądy. Stojąca woda jest bierna, apatyczna, bezsilna. Można rzucić w jej tafle kamieniem, i ona podda się lekko pod jego ciężarem, a z jej rany rozejdą się płoche okręgi po całej długości. Godna litości i pożałowania jest stojąca woda. Więc, być może, aby odnaleźć siebie trzeba właśnie nie wściekłej dociekliwości, namiętnego gonienia za własnym ogonem, ale właśnie pewnego biernego postoju, bez pretensji do żadnych rang i szacunku. Może właśnie brak siły i wpływu na cokolwiek daje moc zrozumienia. Dopiero wtedy, gdy nie możemy nic zmieniać, zaczynamy rozumieć rzeczy takie, jakie są. No i, to już żadne odkrycie, trzeba zejść z chmur żeby móc się wszystkiemu lepiej przyjrzeć.
To było po drugie. Ale jak się rzekło już na początku mojej wiadomości, do trzech razy sztuka, więc po trzecie... Stojąca woda... stoi. Tafla jest gładka, etc. Skoro tak, to, rzeczy oczywista, obraz jest poniekąd wyraźniejszy, nie tak rozmazany jak to by mogło być przy rzece, wodzie płynącej. Enigmatyczne wskazówki mistrzów zen może są czasem po prostu bredzeniem podstarzałych ekscentryków, którzy tracąc kontakt z rzeczywistością zagubili obiektywną wartość takich odkryć jak "woda jest mokra", albo "słońce świeci". Wyrzucają więc z  siebie takie 'eurekowskie' niepozorne odkrycia, a nasze wrodzone pragnienie tajemnicy, autorytetu widzianego w starszych osobach, podsycane dodatkowo przez egzotyczna dla zwykłych białasów kulturę wschodu, sprawia że za nic na świecie nie chcemy zrozumieć że "płynąca woda" to dość toporne określenie na rzekę, a nie enigmatyczna i pełna symbolicznego znaczenia metafora.
No ale nie odpuszczajmy sobie tak łatwo zabawy. Skoro tak daleko zaszliśmy, to puśćmy jeszcze konfidencjonalnie oczko do Mistrzów Zen. A co nam szkodzi. Nie wiem jak wy, ale ja osobiście w stojącej wodzie bym się nie wykąpał, a to dlatego, że jej kondycja jest na ogół dość wątpliwa. Wiecie, glony, żaby, różne naturalne, nienaturalne i nadnaturalne śmiecie które tam wpadły albo ktoś je wrzucił. Płynąca woda w całej swej szczodrobliwości każde śmiecie oddaje jak tylko może na nieoprocentowane konto w morzu. Dlatego też czasem pijemy sobie z leśnych źródełek, czy z zachwytem wpatrujemy się w rześki i czysty strumień. brudna woda, stojąca woda, może być symbolem pewnej... zwyczajności, szarej codzienności. Takiego braku idealizmu. Stojąca woda jest też zazwyczaj głębsza, więc mamy tutaj nasze odbicie na tafli wody, które za sobą ukrywa jakby dużo więcej, może nie tak jasno i przejrzyście, ale właśnie o to chodzi, że my sami jesteśmy każdej jasności i oczywistości przeciwieństwem. Nie jest możliwym ujrzeć siebie w płytkim i jasnym obrazie, trzeba się liczyć z pewnym odległym dnem, które jest poza zasięgiem naszego wzroku i może na zawsze zostanie, tak że nigdy do końca siebie nie poznamy. Ale już sama świadomość tej złożoności, nieosiągalnej poniekąd, pozwala nam na większe zrozumienie siebie samych i świata wokół nas.


Jak widzicie, z Mistrzami Zen da się zrobić wszystko, od soku wieloowocowego po rozwlekłą refleksję nad złożonością odbioru własnej osoby i trudnością w jej percepcji (chyba masło maślane... ale właśnie chodzi o to, że ma tylko mądrze brzmieć). Nie ujmując jednak nic Mistrzom, ani własnej dociekliwości, pozostawiam to takie, jakie jest, nie czytając nawet tego po raz drugi w obawie przed bez sensem. Niech ten wywód sobie swobodnie hasa i zażywa życia w bezkresie internetu.

Olaf Józefoski

sobota, 27 listopada 2010

Pała z wykrzyknikiem!!!!!!!!!!!!!!!


Dostaliśmy na ostatnich Warsztatch Twórczych zadanie domowe. Ja też dostałam, choć sama byłam tą zadającą. Fajnie tak być w podwójnej roli. Kiedy tylko próbuję wymigać się od jakiegoś zadania, tłumacząc się, że ja tutaj prowadzę i muszę nad wszystkim czuwać, Olaf od razu doprowadza mnie do porządku i sam mi takie zadanie karcącym wzrokiem wyznacza. A więc teraz, pomna Jego karcącego spojrzenia, przystępuję grzecznie do wykonania zadania (jako pierwsza, Olaf - powinieneś być ze mnie dumny i pochwalić), które polegało na tym, że mieliśmy napisać parę zdań wokół następującego cytatu "Mistrzowie zen powiadają, iż nie można zobaczyć swojego odbicia w płynącej wodzie, tylko w stojącej." Cytat pochodzi z książki, którą ostatnio czytałam "Jedz, Módl Się, Kochaj". Jest to zapis duchowych poszukiwań rozwiedzionej kobiety, która podróżuje kolejno do Włoch, Indii, Indonezji, by odnaleźć siebie. Spotyka oczywiście w czasie tej podróży wiele zwariowanych, natchnionych osób i to ludzie, a nie ona sama stanowią poniekąd oś tej powieści. Próba docierania do swojego wnętrza odbywa się za pośrednictwem przeróżnych osób, lub w ich kontekście. Główna bohaterka prawie nie ma takich odkryć duchowych, które nie byłyby sprowokowane prze innych ludzi i pochodziły tylko z jej środka. Pewnego dnia dochodzi do wniosku, że jest w niej za dużo hałasu, gadulstwa, że ciągle robi wokół siebie show. Postanawia od tamtej chwili być milczącym, kontemplującym dziewczęciem. Wyobraża sobie nawet, jak inni będą teraz na nią patrzyli: jak na uduchowionego anioła, kobietę pogrążoną w tajemnicy... Wszystko to dzieje się podczas jej pobytu w indyjskim ośrodku medytacyjnym, gdzie od miesięcy ma przydzielone zadanie: szorowanie podłóg w świątyni (jest dziennikarką i pisarką, jednak ta prosta powtarzalna czynność daje jej poczucie spełnienia i stabilizacji, a także łączności z Absolutem) i ciągle podczas wykonywania swojej pracy rozmawia z dziewczętami (do tego zadania przydzielane są przeważnie nastolatki, nasza bohaterka jest dobrze po 30). Teraz postanawia wykorzystać specyfikę pełnionej funkcji i w zupełnym spokoju i ciszy przystąpić do szorowania. Olaf wykreował taką postać Dozorcy Misiewicza, który poprzez wykonywane w samotności i skupieniu zamiatanie sieni prawie odlatywał (na miotle?) w inne rejony duchowe. Jednym słowem kontemplacja, medytacja. Tymczasem naszej bohaterce nie było dane zakosztować tego daru niebios, bo tego samego dnia kiedy przystępuje do wcielenia w życie nowej siebie – cichej i skupionej, zostaje jej przydzielone nowe zadanie – ma być hostessą w organizowanych niebawem przez ośrodek praktykach medytacyjnych (coś takiego jak dni skupienia) dla ludzi przybywających tu z całego świata. Ludzie ci pragną nauczyć się medytacji, a pierwszym krokiem jest to, że przez cały swój pobyt (krótki, ale zaraz po nich przybywają kolejne grupy) muszą być pogrążeni w milczeniu. Jedyną osobą do której mogą się odzywać jest właśnie nowo mianowana hostessa. To ona, musi o nich zadbać, kiedy czegoś potrzebują, albo wytłumaczyć, to czego nie rozumieją. Ta historia mówi do mnie, że najbardziej warto być po prostu sobą. Oczywiście przebudowy i zmiany których w sobie dokonujemy są dużo warte, ale nie ma sensu przeskakiwać na drugi biegun swojej osobowości. Coś, co robimy musi być jakoś bliskie nam, tak jakby w zasięgu ręki, choć może nie dokładnie pod samym nosem, bo wtedy to też nie dobry znak. Psycholog Zbigniew Ryżak pisze na swoim blogu takie zdanie: „poszukaj sobie zajęcia do którego ledwo się nadajesz”. Ale uwaga! To „ledwo” nie oznacza się wcale nie nadajesz. A zresztą, co mi tam, przekleję cały ten jego tekst, może i Wam coś wniesie (bo mnie wniósł):
„Psychika doskonali się od używania
Jeszcze bardziej niż ochraniacze, nasza psychika przypomina drewnianą harmonijkę ustną. Najlepsza harmonijka, to taka, która jest rozegrana. W miarę grania drewno nabiera odpowiedniej wilgotności i pęcznieje. Harmonika osiąga wtedy właściwą barwę. Dbałość o instrument polega na regularnym graniu na nim. Instrument nieużywany jest w kiepskim stanie.
Tak samo jest z psychiką. Rozwija się, gdy traktujemy ją, jako narzędzie a nie cel.
Psujesz ją, gdy:
- zamiast zbierać rysy, wycofujesz się;
- gdy nie angażujesz się w trudne przedsięwzięcia, bo boisz się urazów,
- gdy przestajesz robić coś ważnego, bo jest to dla ciebie zbyt bolesne czy wyczerpujące,
- gdy czekasz aż będziesz gotowy.
Nigdy nie będziesz całkiem gotowy. Nigdy nie będziesz całkowicie nadawać się do tego, co chcesz zrobić. A nawet więcej. Jeżeli zabierasz się za jakieś przedsięwzięcie, do którego doskonale się nadajesz i jesteś doskonale przygotowany, to znak, że nie zabierasz się za to, za co powinieneś. Poszukaj sobie raczej czegoś, do czego ledwo się nadajesz.”

Napisałam w ogóle nie na temat, może następnym razem się uda. Oj, ściga mnie srogi wzrok Olafa. Chaotyczna uczennica, tak się rozpisała, a tematu nawet nie dotknęła. Pała z wykrzyknikiem. Tak mi przykro, panie profesorze.

Iza

wtorek, 23 listopada 2010

Wykład prof. Dembińskiego podczas konferencji "Nauka a Tajemnica" otworzył mi oczy na jedną dotąd pomijaną przeze mnie kwestię, która z kolei rozgałęzia się na szereg innych. Od jakiegoś czasu z dużą pasją oddaję sie interpretowaniu świata: literatury, obrazów, filmów, zdarzeń i wreszcie zachowań ludzi, ich snów, fantazji, przejęzyczeń. Wszystko to podczas wykładu wspomnianego prof. filozofii przecięło się ze zdaniem "Drugi jest dla nas zawsze tajmenicą". Nie można jej rozwikłać, bo tajemnica jest czymś innym niż problem. Problemy są do rozwiązania, nawet jeśli ono będzie odroczone w czasie, tajemmnicę trzeba zaś uszanować jako coś zakrytego, niedostępnego nam tutaj i pięknego w tej niedostępności. Filozof mówił też sporo o afirmacji świata, podzielił się także swoją prywatną teologią, w myśl której Bóg pojawia sie wszędzie tam, gdzie  jest miłość i wspomniana afirmacja. jeśli tego nie ma, nie ma też Boga. My natomiast mamy sporą skłonność to analizowania wszystkiego w obrębie "wszechmocnego" intelektu i lekceważymy tym samym to, co prawdziwie chce do nas powiedzić świat. Przywołane zostało także słynne zawołanie fenomenologów: "Z powrotem do rzeczy samych", które oznacza m.in. postawę wsłuchania się kosztem wydawania sądów i rozbierania wszystkiego na części. Jak przyjemnie się żyje po prostu słuchając. Choć tak po prawdzie, jeszcze tej sztuki nie opanowałam.
Iza

niedziela, 21 listopada 2010

Potworowo


Na piątkowe Warsztaty w MDK POŁUDNIE przybyła Aganieszka Kilisz - Gruszka, Olaf Józefoski i Łukasz Fuglewicz. Agnieszka i Olaf to właściwie stali bywalcy, natomiast Łukasz bywa u nas rzadko, gdyż jest zapracowanym przyrodnikiem. W biegu podzielił się z nami tekstami, które pisuje do dwóch biuletynów. Dotyczą one przede wszystkim otaczającego Go świata, bo Łukasz to przenikliwy obserwator zjawisk atmosferycznych, gatunków roślin, zachowań ptaków, dzików i innych zwierząt, które przewijają się przez okolice katowickiego Ochojca, Piotrowic, Ligoty. Jest także zapalonym podróżnikiem. Ale to już osobna historia. Tego wieczoru zaproponowałam także moim gościom zabawę z własnym cieniem. Według psychologii Jungowskiej cień jest naszym bratem bliźniakiem, który posiada dokładanie przeciwne cechy do tych z którymi się utożsamiamy, które chętnie pokazujemy światu. Jeżeli jakiś człowiek nie wyrządza nam żadnej krzywdy, a na sam jego widok ogarnia nas taka złość lub wstręt, że jesteśmy gotowi napluć mu w twarz, to prawie pewne, że nosi on w sobie cechy, które odrzuciliśmy i nie potrafimy ich oswoić, zaakceptować faktu, że są częścią nas. Przykładowo ekstrawertyk szczycący się tą swoją otwartością i łatwością nawiązywania kontaktów może w cieniu ukrywać przed sobą samym pierwiastki introwertyczne, ale tylko spotkanie z nimi, obserwacja ich i zaprzyjaźnienie się z nimi daje szansę prawdziwego wzrostu. Kontynuatorzy myśli Junga proponują ćwiczenie wizualizujące zjednoczenie przeciwności. Brzmi to może trochę pokrętnie i fachowo, ale jest bardzo proste i łatwe do wykonania. Najpierw musimy sobie wyobrazić coś co symbolizuje i uosabia nasz cień. Bardzo często są to przeróżne części świata przyrody: dzikie zwierzęta (wilki, lwy, tygrysy, węże), straszne owady (pająki), spotworniałe i demoniczne rośliny, a także cały szereg postaci ludzkich lub na poły ludzkich: wszelkie wiedźmy, zwyrodniali starcy, obrośnięci, ciemni, zdeformowani. Oczywiście paleta cieni nie ma końca, chciałam tylko wstępnie zarysować w jakim obszarze estetycznym się lokuje. Potem przypominamy sobie przyjemne chwile naszego życia i jasne cechy charakteru. Co nam się z nimi kojarzy? Jaki przedmiot, zwierzę, czy cokolwiek innego. Ostatni etap ćwiczenia to stworzenie w swojej wyobraźni takiej hybrydy złożonej z dwóch elementów: tego chcianego i tego niechcianego. Ilekroć dopadają nas lęki, albo w postaci nietolerancji dla innych odzywa się nasz cień, przypominamy sobie to wymyślone złączenie. Zrobiłam to ćwiczenie kilka lat temu i do dzisiaj co jakiś czas przypominam sobie swojego kotowęża. Koty uwielbiam, węży się panicznie boję. W te wakacje na szlaku górskim oblewałam się potem ze strachu przed tym, że natrafię na coś żmijowatego, ale ten obraz kotowęża pomagał, bo ani przez moment nie myślałam o przerwaniu wędrówki i poddaniu się lękowi. Jedyny wąż jakiego mieliśmy szczęście – nieszczęście spotkać był martwym niewielkim wężem z wywalonymi na wierzch wnętrznościami i obłaziły go muchy. Kiedy sobie pomyślę, że taka mucha potem na mnie siada, to wiem, że mam jeszcze wiele do przepracowania w kwestii mojego cienia.
Drodzy Warsztatowicze! Wszyscy mamy cienie, są one elementem naszej psychicznej budowy, mam nadzieję, że ćwiczenia (a było to malowanie swojego potwora na jednej wspólnej planszy i opowiadanie swoich koszmarów) nie pozostawiły niesmaku, lub jakiś trudnych emocji. W przyszłym tygodniu zaczniemy zajęcia ćwiczeniem, które będzie podkreślało, to co w Nas najbardziej wartościowe. Przepraszam jeśli zostawiłam Was w stanie pewnego rodzaju dysharmonii.
Iza

poniedziałek, 15 listopada 2010

Tajemnicza płyta w czerwonym kartoniku

Kupiłam jakiś czas temu w Matrasie opakowaną w czerwony kartonik płytę, bo przeczytałam na okładce, że to jakaś poezja, byłam pewna, że śpiewana, a, że lubię śpiewaną, to postanowiłam się poczęstować. Nazwisko autorki wierszy nic mi nie mówiło: Krystyna Gucewicz "Tabletki na miłość". Po jakimś czasie postanowiłam sobie posłuchać tej płyty i okazało się, że jest to poezja mówiona i to przez aktorów: Krystynę Czubównę, Ewę Ziętek, Wojciecha Malajkata, Zbigniewa Zamachowskiego. Zaczęło się tak jakoś miłośnie, w środku czytam: "Krystyna Gucewicz - autorka subtelnych erotyków, zmysłowych liryków, podszytych szczęściem, łzą i humorem...". Nigdy nie przepadałam za poezją o miłości, a już zupełnie przejadłam się tematem kiedy przyszło mi pracować nad XI edycją konkursu literackiego "Miłość niejedno ma imię". Ta płyta, której posiadaczką stałam się tylko przez przypadek, zaskoczyła mnie kilkoma tekstami. Spośród wielu chciałam się podzielić trzema: "Kocham Cię szeptem, możesz nie zauważyć" mówi zmysłowo, czule i jakby ciszej męski głos, a w innym miejscu kobiecy głos dzieli się takim oto spostrzeżeniem: "włączasz telefon, wyłączasz siebie". Takie to prawdziwe, tak często my wchodząc w kontakt ze światem, wikłamy się w szereg relacji, zatracając przy tym siebie.I na koniec jeszcze jednen cytat: "Otwórz ramiona. Nie przegap mnie. Idę skrajem twojego życia". Do tej płyty będę jeszcze wracać.
Iza

sobota, 13 listopada 2010

Ile wiemy o sobie?


Olaf zaprosił na wczorajsze warsztaty w MDK Południe Nicole i Janka. Niezwykli ludzie, niby nic nie tworzą, Ona interesuje się bardziej biologią niż poezją, On pisuje tylko dzienniki. Kilkadziesiąt minut warsztatu wystarczyło, by powstały interesujące portrety emocjonalne wyklejane z kawałków pociętego przeze mnie plakatu w odcieniach zgaszonego pomarańczu i szarości. Uczestników najwyraźniej nie zaspokajały zaproponowane przeze mnie zadania, bo np. Janek w czasie krytycznej dyskusji o Andym Warholu ułożył na obrusie prostą, acz wyrafinowaną kompozycję z kredek, która zakorespondowała z obrusem, z jego kolorystyką. Potem wykorzystał ten sam obrus, by namalować na kartce kaczkę, dziwnie prążkowaną, właśnie dzięki temu, że obrus stanowił podkładkę. Wszystko łączyło się ze wszystkim. Olaf z powycinanych przeze mnie kawałków  (z których byłam pewna, że nie da się niczego nieabstrakcyjnego ułożyć) skomponował widok nieco mrocznej, oświetlonej latarniami ulicy. Droga wiodła to w dół, to w górę, nie była zbyt wyrównana. Koleżanka Nicole pokazała nam poprzez swoją pracę, że zadawanie pytań jest jak rozsiewanie czarnej nieprzejrzystej smugi,a każde zadane pytanie mnoży kolejne. Jej autopotret emocjonalny (ten z powycinanych kawałków) był twarzą we wszystkich kierunkach! Choć sporządziła go mając w zamyśle jedną twarz. Kobieta o wielu twarzach – chciałoby się rzec. 
Iza

piątek, 12 listopada 2010

Olaf "Saga o Wikingach"

Drodzy!

Trzymajcie kciuki, za tą nie upieczoną jeszcze inicjatywę, jaką jest ten blog i wszystko co z nim związane. Ja wierzę, że co nas nie zabiję, to nas wzmocni. Zwłaszcza teraz, pozornie szkodliwe i uderzające w nas wypadki losu, przypominają nam tylko o tym, żeby nie poprzestawać na doraźnych wygodach, ale dalej rozwijać skrzydła! Co tam, że za oknem wichura, zimno i pada a kaloryfer zimny i pająk plecie swoją sieć w ciemnym kącie. Ha! Igraszka, teatrzyk słomianych kukiełek, miła sercu dziecka zabawa, ale nie wystarcza dla nas. Dalej, dalej!

To nic, to nic... Nie zapalajmy jeszcze ognia, który tli się w oczach. Póki co, jeszcze jedna potyczka na gruncie mojej wyobraźni z wyobraźnią własną.


 ***

 
Saga o wikingach


            Cały świat obleczony płaszczem mrozu. Domy ustawione w rzędy, wyglądają jakby na coś czekały, gotowe w każdej chwili rzucić się na kogoś. Do połowy przysypane śniegiem, wodzą wokoło ślepymi oknami, za którymi światło od dawna się już nie pali. Lasy ciemne, wody i rzeki skute grubym, mlecznym lodem, ciemne mieszkania i place przeszyte mrozem, wszystko to tak samo białe, zrównane z sobą przez śnieg. Księżyc zwisa z okapu nieba jak sopel lodu. Noc jest przejrzysta i jasna, ale panujący mróz nie pozwala się nią cieszyć. Nikt nie wychodzi, żadna wiedźma ani złodziej nie znaczą śladami zaległej warstwy śniegu. W puszczach cisza przędzie nić między wilkami, trollami, przez zapuszczone jeziora i łąki pełne driad i elfów do osiedli gdzie wśród ciężkich skór i ognisk śpią nieraz gorsze jeszcze bestie. Nikt nie rzuca wyzwania ciemności która wpiła kły na horyzoncie i cała krainę trzyma w swojej paszczy, nikt nie próbuje pokonać ogarniającego całą okolicę śniegu.
Tylko wataha młodych wikingów, których odwaga graniczy z szaleństwem, była gotowa w tę noc opuścić ciepłe domostwa. Zebrali się razem koło wiaty, i niecierpliwie wypatrywali czegoś na horyzoncie. Groźne ich postacie przypominają stojące nieruchomo drzewa w ciemnym mateczniku. Mało ze sobą rozmawiają, wszyscy przejęci do kości mrozem i powagą chwili, gdy lada moment ruszą wspólnie do boju. Jak bracia, w jednym rzędzie, nie spuszczając nigdy wzroku, to obserwują swoją broń, to patrzą wojowniczo przed siebie. Wreszcie ciszę rozdarł niespodziewany głos jednego z towarzyszy, to Alwar Długowzroczny zauważył zbliżające się z daleka światełko. Po chwili już nie było wątpliwości - ten blado świecący punkt na horyzoncie, który tak szybko się zbliżał, to drakkar na którego czekali, którym wyruszą walczyć w odległych krainach. Gdy tylko zbliżył się i przybił do miejsca w którym stali, cała ich wataha wdarła się na jego pokład, a tylko paru z nich skasowało bilet. Niespokojnie patrząc po twarzach innych obecnych na pokładzie, przejęci żądzą krwi wikingowie zaczęli powoli rozgrzewać się przed nadchodzącą potyczką. Zaczęły się zażarte rozmowy między towarzyszami, przechwałkom nie było końca, każdy z nich deklarował że jest najodważniejszy i najsilniejszy. Niektórzy z pobożniejszych wikingów, wpatrzeni w ginący w mroku za szybą horyzont, prosili Thora i Odyna o siły i odwagę. Inni, bardziej pewni swoich możliwości, błagali tylko Freje o szczęście, bo choćby i sił nie zabrakło, to nie daj Bogowie jeśli kto poślizgnie się na schodach, lub zamokną mu buty. Coraz bliższa każdemu chwila, gdy ostatecznie okaże się kto ma najwięcej serca i kto najsprawniejszy w boju, wzburzyła ich gorącą krew. Czując to wszystko, i dając się ponieść emocją, powstał Eryk Sinonosy by przemówić do swych towarzyszy.
- Bracia! – krzyknął a jego długa broda zatrzęsła się pod wpływem nagłego ruchu – Dziś znów wyruszamy na wiking. Dobra naszych rodzin i ich honor spoczywają w naszych rękach! Niech nikomu nie zabraknie dzisiaj odwagi, a jeśli nie dopisze nam los, obyśmy nazajutrz spotkali się razem na uczcie u Odyna, w jego wspaniałym pałacu! Niech walkirie prowadzą nas do boju!
Gromki okrzyk podjudzonych wojowników odbił się echem od ścian. Długie włosy powiązane w warkocze, ciężkie futra i skóry zatrzęsły się od gromkich wrzasków. Teraz każdy czuł, że dziś będzie bił najmężniej, najmocniej. Duch berserkera obudził się w tęgich ciałach wikingów, wszyscy prawie wstali potrząsając walecznie bronią i patrząc po towarzyszach. Tylko Berengar Emerytowany został na swoim miejscu, gdyż jako najstarszy wiekiem i najbardziej doświadczony, nie uległ panującemu zapałowi i  z uwagą badał niebo, „zbliża się odwilż – pomyślał, a jego ciało przeszył nagle dreszcz – może być gołoledź…”.
Nie trwała cała podróż dość długo, by w sercach mężnych wojowników mogła zgasnąć dzika furia. Gdy tylko drzwi otwarły się z westchnieniem, wybiegli w ferworze opuszczając ciepłe wnętrze autobusu. W szalonym pędzie dobiegli do miejsca ich potyczki, kolejnego pojedynku z losem, gdzie stawiając na szali swoją odwagę i siłę, walczą z każdą przeciwnością. Rzucili się natychmiast, ze swoimi łopatami, do chodników, i schodów. Śnieg, poddając się ze stękiem głuchym uderzeniom łopat, ubywał z dróg w godnym podziwu tempie. Choć przez mroźną noc, napadało go co niemiara, zakrywając wszystkie ścieżki, to wikingowie i tak bez krzty zmęczenia czy strachu usuwali nawet największe zaspy. Śnieg, niczym w obliczu żywego ognia, znikał ze wszystkich miejsc gdzie pojawili się wojownicy. Łopaty grzmiały raz po raz, krusząc nawet lud i udeptane warstwy białego puchu.
Nim wikingowie się spostrzegli, świt oblał całą okolicę, a wróg został wyparty z okolicy. Całe pole usłane było rozrzuconymi tu i ówdzie piaskiem i solą. Dzielni mężowie, którzy, nie bacząc na lęk i słabość, walczyli dzielnie aż do samego końca, mogą teraz z dumą wrócić do swoich domów w odległych krainach. Co prawda nie obeszło się bez ofiar, Ingwar, zwany odtąd Obitotyłym, upadł i okrutnie został potraktowany przez padający wcześniej pod jego ciosami lód. Towarzysze którzy byli obok, zdołali go na szczęście w porę podnieść, a jego syn, Ingolf, poprzysiągł zemstę na winnych krzywdy ojca. Wikingowie po pojedynku ruszyli bezzwłocznie w drogę powrotną, przez bezkresne otchłanie betonu do swoich żon i rodzin. Na pobojowisku, po walce zakończonej chwalebnym zwycięstwem, zostały tylko gdzieniegdzie rozrzucone kopce usypanego śniegu, niczym pradawne kurhany upamiętniające stoczone bitwy, i poległych wojowników.

Olaf Józefoski

czwartek, 4 listopada 2010

Warzywa i owoce

Inspiracją do napisania tych kilku zdań, była wizyta w Galerii Szyb Wilson na wystawie sztuki naiwnej. Wśród setek obrazów znajdowały się tam dwa przedstawiające warzywniak. Z nieznanych przyczyn to właśnie one przyciągnęły moją uwagę. Drugą inspiracją do napisania tych kilku zdań jest moje życie rodzinne. Zapisałam na kartce luźne myśli, a po kilku tygodniach postanowiłam napisać kilka zdań, rozpoczynając cytatem z Pisma Świętego.

"rzekł: «Niechaj ziemia wyda rośliny zielone: trawy dające nasiona, drzewa owocowe rodzące na ziemi według swego gatunku owoce, w których są nasiona». I stało się tak.  Ziemia wydała rośliny zielone: trawę dającą nasienie według swego gatunku i drzewa rodzące owoce, w których było nasienie według ich gatunków. A Bóg widział, że były dobre."           Rdz 1,11-12




Gdy Bóg stworzył dnia trzeciego warzywa i owoce
powiedział do nich:
Dzięki wam synowie i córki moje będą okazywać sobie miłość.
Pomidor, ogórek i sałata
kupowane, myte i krojone dla Ciebie
doprawione ziołami 
mówią, że zależy mi na Tobie.
Gdy podajesz mi maliny, jabłka i truskawki
czuję słodycz
Twojego uczucia.


Gosia

środa, 3 listopada 2010

Instrukcja i Sen


Dziś na Warsztatach Twórczych UM Ewa Kokot zaproponowała na ciekawe ćwiczenie. Niedawno wróciła z warsztatów organizowanych przez Zamek Ujazdowski w Warszawie i przywiozła stamtąd taką oto inspirację: Yoko Ono, partnerka Johna Lenona miała w zwyczaju tworzenie instrukcji skierowanych do świata, a właściwie do każdej pojedynczej osoby, która taką instrukcję czyta. Ten materiał wykorzystano później do naklejania na słupie (tam gdzie zwykle wiszą reklamy) i drukowania w postaci ulotek. A treść była np. taka:
„Spacer

Idź po odciskach stóp osoby przed tobą.
1. na ziemi
2. w błocie
3. na śniegu
4. na lodzie
5. na wodzie

Staraj się zachowywać bezgłośnie.”

Albo inne instrukcje:
„Miasto

Znajdź wygodne dla siebie miejsce.
Utrzymuj je w czystości.
Myśl o tym miejscu, kiedy jesteś daleko.”

„Cień

Połączcie swoje cienie, aż staną się jednym”

„Lot
Leć”

Potem same układałyśmy instrukcje, wsłuchując się w siebie i swoje aktualne potrzeby. Ja wymyśliłam taką:

Ściana

1. Przypatrz się ścianie
2. Wyobraź sobie, że jesteś ścianą
3. Porozmawiaj ze sobą samym będąc ścianą
4. Zachowaj to, co ściana powiedziała do Ciebie

Trzeba by przeanalizować, dlaczego ułożyłam taką instrukcję, pewnie dojdzie to do mnie po czasie, dlatego bardzo fajne jest pisanie na blogu, bo to zapewnia, że jeszcze kiedyś do tego sięgnę. Przypomina mi to zapisywanie snów. W ogóle sen jest takim materiałem, w którym z trudnością dopatrujemy się treści symbolicznych jeśli jest to nasz sen i dzieli nas od niego krótki dystans czasowy. Dlatego szkoła Jungowska zaleca zapisywanie snów zaraz po przebudzeniu. Następnie, kiedy minie odpowiednia ilość czasu i sen zatrze się w pamięci, będzie go można zinterpretować trochę jak materiał obcy i wtedy może z tego wyjść coś ciekawego. Polecam. Sprawdziłam.
Iza

wtorek, 2 listopada 2010

Nieco banalnie jak na dzień Zaduszny: "Śmierć"

Niektóre książki są w stanie sprowadzić na człowieka kompletny obłęd. Po wspomnianej juz przeze mnie "Kronice umarłych" Odji w ogóle nie mogłam spać. Główny bohater zatrudnia się np. przy kopaniu rowów, podczas pracy zaczyna się trochę źle czuć, a ziemia wydaje się być coraz twardsza, szpadel ześlizuje się jakby z poumieszczanych w niej kawałków czegoś twardszego. Były to cegły, ale do Mateusza natrętnie dobierała się myśl, że to kości. Wersja "Rozmowy Mistrza Polikarpa ze śmiercią" w wydaniu nieco bardziej realistycznym. Śmierć rozmawia z nami ciągle, jest zawarta w każdym detalu, wszystko, co żyje, przypomina o śmierci. "Tybetańska Księga Umarłych", mogąca stanowić jakiś kontekst do "Kroniki umarłych" naucza o tym, że ciało człowieka zbudowane na bazie 5 elementów (Ziemia jako element stały, Woda - wilgoć, Ogień - ciepło, Powietrze - ruch, Przestrzeń). Podczas śmierci one się rozpuszczają i towarzyszą temu dziwne zjawiska. Kiedy element ziemi rozpuszcza się w element wody, umierający człowiek ma odczucie, że jest przygniatany przez ogromną górę. Myślę, że ostatnią książkę Odji (choć nie mam sił przebrnąć do jej końca) można by nazwać zapisem umierania. Bo oto pewnego dnia  Mateusz wbija szpadel w coś twardego i widzi krew, zaczyna kopać ostrożniej i dokopuje się ....do wykrzywionej z bólu twarzy swojej dziewczyny. Jest to piękny, a zarazem potworny symbol docierania do swojej i czyjejś  historii, ran, które zadali najbliźsi. Drzemie w tym surealistycznym zdarzeniu także jakieś echo masowych mordów XX wieku. Zalążek zbrodni twi w ludzkich kontaktach, w wyobrażeniach, w naszych ciałach. Jeteśmy gotowi, by zadać śmierć, obojetne w jakiej formie.
Iza

niedziela, 31 października 2010

Dziecko

Wyobraźnia jest jak garnek, w którym wzburzone fale wody więżą nasze wspomnienia, skojarzenia, gafy, przejęzyczenia. Bywa, że wstydzimy się tego co, w nas najpiękniejsze, najszczersze, dziecięce: nieporadności, spontanicznych odruchów, naiwnej wiary. Przeczytałam "Jednorożca" i zazdrościłam dzieciom tego świata, który sobie zbudowały i po którym poruszały się z taką znajomością. W te wakacje miałam okazję przyglądać się zabawom dzieci, często królowała w nich umowoność i odniesienie do realu. Mało było natomiast ukazywania swojego wnętrza, swojej inności w zabawie. W rodzinie i w szkole jesteśmy przyuczani do przeciętności, nie akcentuje się tego, że najistotniejsza jest nasza istota, która jest przecież niepowtarzalna, dlatego jeden człowiek może skakać po suficie na jednej nodze, a inny karmić jednorożca świecącą rośliną wyrosłą z szuflady. Zresztą karmienie możemy rozumieć jako dawanie siebie, także w zabawie. Czasami możemy dać tylko kłujące igły (jakimi obdarował wybawiciela kaktus z opowiadania Olafa), bo nic więcej na teraz nie mamy, bo taka nasza natura. Najgorzej stwierdzić, że unormowani "dorośli" mają rację i nie wolno nam obnażać swoich słabości, pokazywać swoich fantazji. Kwintując, przytoczę słowa z opowiadania Agaty: "dorośli wygadują tyle głupot".
Iza

Olaf "Wigilijna przygoda pewnego zmyślnego Kaktusa o nieprzeciętnych cechach charakteru"

Tym razem wpuszczam do naszej wspólnej stajni coś krótkiego. Tak, na dobry apetyt.


***

 Wigilijna przygoda pewnego zmyślnego Kaktusa o nieprzeciętnych cechach charakteru

A więc był sobie pewien kaktus, zielony, młody i wesoły. Wcale nie za siedmioma górami, ani też nie za siedmioma rzekami, po prostu jakieś 30 km od Ciebie, może trochę więcej, może mniej. Nasz drogi kaktus wiódł sobie spokojne życie na parapecie, oglądał się czasem na prawo (widział czeluść obok której stał monitor), a czasem na lewo (widział parę innych kaktusów), najbardziej jednak lubił patrzeć przed siebie(widział białą framugę okna). Miał ten nasz kaktus również swoje problemy, jak wszyscy. W pewnych chwilach, gdy była wyjątkowo chłodna i ciemna noc myślał sobie "może by ktoś okno zamknąąął... zamknąłby kto je wreszcie. Ktoś by je kiedyś zamknął...", znowuż w puste i ciche noce gdy kaloryfery huczały od pracy, rozmyślał nasz kaktus "podlał by mnie ktoś, no podlałby... Bo podlać by mnie ktoś mógł.", a czasem nawet w jego zielonej duszy rodziły się prawdziwe groźby "Ooo! Bo jak ja zaraz podleje tu komuś!". Ale nasz kaktus był w głębi serca dobry, i nigdy nic nie zrobił, przez całe swoje życie, nic nie zrobił. No, urósł, ale licho, parę centymetrów najwyżej. Ale wróćmy do naszego kaktusa, który jak już wiemy, całe swoje życie pędził spokojnie i cierpliwie, jednak nic nie trwa wiecznie...
Był to zimny, grudniowy poranek. Choć kaktus jak zwykle bacznie obserwował framugę, to jednak nie mógł nie zauważyć ruchu, jaki w tym dniu w całym domu panował. Myślał więc nasz drogi kaktus, którego w zasadzie można by nazwać myślicielem, co też to może być dzisiaj za okazja, że taki zamieszanie w całym domu. Myślał i myślał, "może synowa przyjeżdża z wnuczką?", "albo ciotka z Sosnowca?", "Może ksiądz z kolędą? Tak! Nie... kolęda była niedawno... A więc to musi być... to jest... nie wiem co to jest w takim razie". A był to 24 grudnia, Boże Narodzenie. Od tej pory, gdy pomimo usilnych starań kaktus nie zrozumiał czemu taki ruch panuje w domu, postanowił zignorować całe zamieszanie, obrażony troszkę za tę myślową porażkę. Ale co to! Jeden z domowników, nagle zaczyna się krzątać, koło parapetu! Stawia drabinę, coś robi, coś się dzieje... Zasłony spadają w dół muskając delikatnie kolce naszego kaktusa! Słychać znowuż jakiś trzask, jakiś szum i nagle z impetem kaktus leci w dół, a razem z nim do pokoju wdziera się zimne powietrze! To okno, otwarte teraz na oścież, spowodowało upadek z wysokości biednego kaktusa. Ziemia się wysypała z doniczki, kaktus z niej wypadł i leżał bezbronnie, korzenie opierając na panelach. Zanim jeszcze wybrzmiał w pokoju okrzyk "Jezus Maria, moje panele!" kaktus był już podnoszony z ziemi przez kogoś kto przybiegł z wnętrza domu na odgłos huku. Z wdzięczności za pomoc kaktus nawet zostawił w dłoni swego przyjaciela parę igieł. Delikatnie następnie włożony z powrotem do doniczki i położony na parapecie kaktus mógł teraz spokojnie rozkoszować się wspomnieniami tej chwili, gdy z takim impetem leciał w dół, gdy wyskoczył z doniczki na otwartą przestrzeń. Ach, czuł się wtedy taki wolny. Jakże to był dla kaktusa wyjątkowy dzień. Teraz już zawsze, gdy tylko przychodzi dzień wigilii, kaktus przypomina sobie tą historię i z rozmarzeniem drżącym na maleńkich kolcach zapada w cudowną atmosferę świąt.

Olaf Józefoski

Agata "Jednorożec"

Tym razem coś króciutkiego z prozy. Ja z kolei pewniej czuję się w poezji, ale czasem próbuję czegoś innego. (Nie wiem czemu ten tekst wklejony tutaj zmienił myślniki w dialogach na kropki...)

*

"Wyobraźnia bez wiedzy może stworzyć rzeczy piękne.
Wiedza bez wyobraźni najwyżej doskonałe."
Albert Einstein
Jednorożec


  • Dlaczego świat jest taki?
Tato westchnął, zatrzymał jeszcze przez chwilę wzrok na ekranie komputera, po czym obrócił się w stronę, z której usłyszał pytanie. W drzwiach stał jego synek ubrany w piżamę i z miną mówiącą, że nie da się zbyć byle czym.

  • Ale jaki? - zapytał chłopca, zachęcając go jednocześnie gestem żeby wszedł do pokoju – Nie stój boso na podłodze...
  • No właśnie taki. Cały.

Ach ci dorośli... Nic nie rozumieją. I jak tu z nimi rozmawiać o poważnych sprawach?

  • Aha... - ojciec pokiwał głową – No bo po prostu taki jest i już. Rozumiesz? Nic się z tym nie da zrobić. Popatrz...
Wziął z biurka długopis i zademonstrował jak upuszcza go na ziemię.

  • To tak jak z tym długopisem. Jak go upuścisz, spada na dół. Zawsze.

Zmierzwił chłopcu włosy i powiedział z uśmiechem:

  • No, to idź teraz spać, dobrze?

A synek posłusznie poszedł do pokoju.

  • Hej! Tato powiedział, że jak coś się upuści to spada na ziemię! - oznajmił siostrze, gdy znalazł się z powrotem w swojej sypialni.
  • Tak? Ale mnie nikt nie upuścił! Poza tym dorośli wymyślają tyle głupot, żeby nie powiedzieć nam prawdy! - odparła dziewczynka skacząc na jednej nodze po suficie.

Braciszek westchnął. Czuł się trochę skołowany tym wszystkim. Postanowił, że przemyśli to później, a póki co spróbuje nakarmić jednorożca tą nową świecącą rośliną, która wyrosła z szuflady.

czwartek, 28 października 2010

Niezrozumienie

Ostatnio miałam okazję być na spotkaniu autorskim z Danielem Odiją. Jego nowa książka, którą zresztą już sobie wypożyczyłam, traktuje o tym, jak to obłęd swobodnie rozpanoszył się w tak zwanym zwykłym życiu i nikt już nie potrafi dokładnie wytyczyć granicy między zdrowiem a chorobą psychiczną. "Kronika umarłych" miała pierwotnie nosić tytuł "Komedia", odnosić się raczej do tradycji dantejskiej (bo to niewesoła książka), ale autor nie był pewien, czy czasem jakiś czytelnik zwiedziony lekkim tytułem nie sięgnie po książkę w nadziei zrelaksowania się. O to powieść z przesłaniem, że obłęd jest normą. Prowadząca spotkanie Marta Fox, zapytała, czy dzięki pisaniu udaje się Odiji zrozumieć lepiej innych ludzi, ale on odpowiedział, że pierwotnie usiłował, pisząc, zrozumieć świat, ale po jakimś czasie dostrzegł, że jedynie siebie samego  rozumie dzięki pisaniu lepiej. Świat jest zbyt rozległy i pokrętny. Pisanie daje taką fajną możliwość, by w swoje stany emocjonalne wyposażyć kreowanych bohaterów, co stanowi naturalny wentyl negatywnych doświadczeń. Co prawda doświadczenia te rozpływają się w wymyślanych postaciach, zmieniając zupełnie swój smak i konsystencję, ale sam autor widzi jasne przełożenie np. że w "napisanej" pani Zosi ukrywają się pierwiastki pana Antka, matki, dziadka, synka i kogoś tam jeszcze. Zupełnie jak we śnie, gdzie jedna osoba jest równocześnie dwoma osobami. Zresztą Odija przyznaje na spotkaniu, że sny stanowią dla niego nieobojętny materiał. W ich domu rodzinnym panuje nawet zwyczaj opowiadania sobie snów. Widząc, że dzieci mają łatwość dzielenia się zarówno największym koszmarem, jak i snem który niesie radość, jest szczęśliwy.
Iza

sobota, 23 października 2010

Grupa

Niedawno prawdziwie doceniłam znaczenie grupy, w której człowiek jest zarazem sobą jak i zupełnie nie sobą, przykładowo: raczej sama z siebie nie wpadłabym na pomysł pisania bloga, bo nie miałam takiej potrzeby, a teraz cieszy mnie, że jako bakteria mogę być częścią większego organizmu, że mam swojego żywiciela, którego jednocześnie także wspieram i dokarmiam, bo jestem dobrą, pożyteczną bakterią kwasu mlekowego. Wszyscy takimi jesteśmy, stanowimy grupę i nazywamy się "Bakterie Żywej Kultury". Imię człowieka jest skrawkiem jego tożsamości i historii, bo tak naprawdę nie ma przypadkowo dobranych imion. Nazywamy się...