Podzielę się z Wami miseczką smakowitych refleksji, które podsłuchałam na wczorajszym spotkaniu z Wacławem Oszajcą. Ten nietuzinkowy poeta, publicysta, jezuita pokazał przybyłym swoje odczytanie nowego tomu Julii Hardwig „Jasne niejasne”. On czytał,to znaczy fizycznie czytała te wiersze jakaś kobieta z radia, bardzo utalentowana, bo swoim głosem przenosiła wszystkich od stołów udekorowanych obrusami, zastawionych ciasteczkami i herbatą, przy których siedzieliśmy, do świata w którym wokół słów wirowały znaczenia. Żadne z nich nie było uprzywilejowane, krążyły dostojnie i płynnie po orbitach. Które kto zabierze? Każdy ma swój sens, swoją historię, niepowtarzalne doświadczenia. Jak pisze Hardwig w wierszu „Imię”, każdy człowiek, w momencie swego narodzenia dostaje też sekretne imię, którego nie zna i poznać nie jest w stanie. Oszajca mówił za to, że wiersze nie są produktem artysty, takim jak buty, czy chleb, że one gdzieś są, istnieją i tylko przychodzą do człowieka. Sens przychodzi do człowieka w najmniej oczekiwanym czasie, w nieuroczystej przestrzeni. Na przykład w łazience. Oszajca chciał wyrazić pogląd, że człowiek nie w kościele jest najbardziej prawdziwy, szczery, i najdosłowniej nagi, ale właśnie w łazience, miejscu, które jest w jakiś sposób marginalizowane i chyba częściowo owiane tabu. Zakonnik zauważa, że wiele rzeczy ważnych w naszej chrześcijańskiej tożsamości wydarza się właśnie w miejscach brudnych i gorszych: Chrystus rodzący się nie w uroczej, cieplutkiej stajence, ale w ciemnej, szpetnej grocie, w owczarni, a potem umierający na Golgocie, która w tamtych czasach była swego rodzaju wysypiskiem. Prawdziwa historia toczy się na śmietniskach świata. Zawsze lubiłam Białoszewskiego bo jest poetą śmietnisk, odpadków, złotych odprysków. W związku z tym byłam też za tym żeby naszej grupie nadać nazwę „złomiarze wrażeń”, bo artysta to dla mnie taki ktoś, kto przezłomowuje rzeczywistość, która go pochwyciła i czyni z niej coś nowego, innego w swym kształcie i kolorze, może tylko nieco przypominającego stare. Zresztą Oszjaca fajnie nam przypomniał, że sztuka nie jest odzwierciedleniem otaczającego nas świata, ale z tego co nas spotyka, jak mniemam, można upleść czasem ładny wianek. Uwaga została zwrócona także na inną rzecz, że każdy jeden dzień, który minął jest dla nas tym cenniejszy, że właśnie minął, że jesteśmy o niego bogatsi, nie biedniejsi. Przypomniany został grecki symbol mijającego czasu, którym jest wąż zjadający swój własny ogon, a tym samym układający się w okrąg. Wąż ten jest, istnieje, ale zarazem ciągle go ubywa. Co mi przychodzi do głowy: pętla się zacieśnia. Wszyscy są coraz bliżej śmierci. Biblia daje natomiast linearny obraz czasu. Czas biegnie sobie ku nieskończoności, ale tego czasu nam wcale nie ubywa, ale przybywa, gdyż każdy dzień nas czegoś uczy i coś nam pokazuje.
Na koniec podzielę się chyba najbardziej szokującym poglądem jaki tego dnia usłyszałam z ust jezuity, że najlepszym wierzącym można stać się będąc uprzednio dobrym ateistą, gdyż ateista niczego już od Boga nie oczekuje i może pozwolić sobie na luksus bezinteresownej wiary.
Na koniec podzielę się chyba najbardziej szokującym poglądem jaki tego dnia usłyszałam z ust jezuity, że najlepszym wierzącym można stać się będąc uprzednio dobrym ateistą, gdyż ateista niczego już od Boga nie oczekuje i może pozwolić sobie na luksus bezinteresownej wiary.
Iza Ochman