sobota, 18 grudnia 2010

Śmietnisko i krążący wokół niego ateiści


Podzielę się z Wami miseczką smakowitych refleksji, które podsłuchałam na wczorajszym spotkaniu z Wacławem Oszajcą. Ten nietuzinkowy poeta, publicysta, jezuita pokazał przybyłym swoje odczytanie nowego tomu Julii Hardwig „Jasne niejasne”. On czytał,to znaczy fizycznie czytała te wiersze jakaś kobieta z radia, bardzo utalentowana, bo swoim głosem przenosiła wszystkich od stołów udekorowanych obrusami, zastawionych ciasteczkami i herbatą, przy których siedzieliśmy, do świata w którym wokół słów wirowały znaczenia. Żadne z nich nie było uprzywilejowane, krążyły dostojnie i płynnie po orbitach. Które kto zabierze? Każdy ma swój sens, swoją historię, niepowtarzalne doświadczenia. Jak pisze Hardwig w wierszu „Imię”, każdy człowiek, w momencie swego narodzenia dostaje też sekretne imię, którego nie zna i poznać nie jest w stanie. Oszajca mówił za to, że wiersze nie są produktem artysty, takim jak buty, czy chleb, że one gdzieś są, istnieją i tylko przychodzą do człowieka. Sens przychodzi do człowieka w najmniej oczekiwanym czasie, w nieuroczystej przestrzeni. Na przykład w łazience. Oszajca chciał wyrazić pogląd, że człowiek nie w kościele jest najbardziej prawdziwy, szczery, i najdosłowniej nagi, ale właśnie w łazience, miejscu, które jest w jakiś sposób marginalizowane i chyba częściowo owiane tabu. Zakonnik zauważa, że wiele rzeczy ważnych w naszej chrześcijańskiej tożsamości wydarza się właśnie w miejscach brudnych i gorszych: Chrystus rodzący się nie w uroczej, cieplutkiej stajence, ale w ciemnej, szpetnej grocie, w owczarni, a potem umierający na Golgocie, która w tamtych czasach była swego rodzaju wysypiskiem. Prawdziwa historia toczy się na śmietniskach świata. Zawsze lubiłam Białoszewskiego bo jest poetą śmietnisk, odpadków, złotych odprysków. W związku z tym byłam też za tym żeby naszej grupie nadać nazwę „złomiarze wrażeń”, bo artysta to dla mnie taki ktoś, kto przezłomowuje rzeczywistość, która go pochwyciła i czyni z niej coś nowego, innego w swym kształcie i kolorze, może tylko nieco przypominającego stare. Zresztą Oszjaca fajnie nam przypomniał, że sztuka nie jest odzwierciedleniem otaczającego nas świata, ale z tego co nas spotyka, jak mniemam, można upleść czasem ładny wianek. Uwaga została zwrócona także na inną rzecz, że każdy jeden dzień, który minął jest dla nas tym cenniejszy, że właśnie minął, że jesteśmy o niego bogatsi, nie biedniejsi. Przypomniany został grecki symbol mijającego czasu, którym jest wąż zjadający swój własny ogon, a tym samym układający się w okrąg. Wąż ten jest, istnieje, ale zarazem ciągle go ubywa. Co mi przychodzi do głowy: pętla się zacieśnia. Wszyscy są coraz bliżej śmierci. Biblia daje natomiast linearny obraz czasu. Czas biegnie sobie ku nieskończoności, ale tego czasu nam wcale nie ubywa, ale przybywa, gdyż każdy dzień nas czegoś uczy i coś nam pokazuje.
Na koniec podzielę się chyba najbardziej szokującym poglądem jaki tego dnia usłyszałam z ust jezuity, że najlepszym wierzącym można stać się będąc uprzednio dobrym ateistą, gdyż ateista niczego już od Boga nie oczekuje i może pozwolić sobie na luksus bezinteresownej wiary.
Iza Ochman

sobota, 11 grudnia 2010

Jeszcze o mistrzach zen

Zainspirował mnie cytat, który pojawił się parę postów wcześniej, dlatego wróćmy jeszcze na chwilę do mistrzów...

Agata


"Mistrzowie zen powiadają, iż nie można zobaczyć swojego odbicia w płynącej wodzie, tylko w stojącej."


Kiedyś, wiele lat temu, odbyłam z polecenia Mistrza daleką podróż na zachód, aby dostarczyć tam jego cenne rękopisy. Mimo, iż byłam pełna obaw, zgodziłam się bez słowa, ufając w jego wielką mądrość. Dotarłam na lotnisko gdy było jeszcze zupełnie ciemno, a wschód słońca oglądałam będąc sama wysoko na niebie. Zaskoczyło mnie, że prawie w ogóle nie czułam strachu. Jakby wreszcie udało mi się osiągnąć coś, do czego od dawna dążyłam. Byłam tak daleko od ziemi! Wszystko wyglądało dokładnie tak jak na mapach. Kto by przypuszczał? No i nie było widać ludzi, ani zwierząt... To takie dziwne. Wydawałoby się, że jest ich tak dużo.

Gdy doleciałam na miejsce, moje obawy wróciły ze zdwojoną siłą. Poczułam się bardzo zagubiona wśród tłumu spieszących w różne strony ludzi z walizkami. Śmiali się, płakali, żegnali i witali - wszystko w jakichś dziwnych, do niczego nie podobnych językach. Nagle poczułam, że ktoś dotyka mojego ramienia i usłyszałam swoje nazwisko. Odwróciłam się gwałtownie. Przede mną stał mężczyzna w bliżej nieokreślonym wieku i o równie nieokreślonych rysach twarzy. Podobnie jak tysiące jemu podobnych, mógł mieć dwadzieścia pięć, albo i trzydzieści pięć lat; był gładko ogolony, nosił standardowe prostokątne okulary i elegancki, choć zupełnie pozbawiony oryginalności płaszcz. Z uprzejmym uśmiechem przedstawił się po angielsku i wyciągnął rękę w moją stronę. Przez ułamek sekundy zawahałam się, ale zaraz uścisnęłam jego dłoń, tak jak mnie uczono. Następnie zostałam zawieziona do ogromnego, wielopiętrowego budynku, w którym mieścił się hotel. Mężczyzna poinformował mnie jeszcze, że przyjedzie po mnie o osiemnastej, aby zawieźć mnie na spotkanie z jego szefem, po czym odjechał, nie przestając się uprzejmie uśmiechać. Wyczerpana taką ilością nowych wrażeń położyłam się na szerokim łóżku w moim apartamencie i natychmiast zasnęłam.

Na całe szczęście obudziłam się przed osiemnastą. Zdążyłam jeszcze szybko wziąć prysznic i przebrać się, gdy usłyszałam stukanie do drzwi. Chwyciłam przygotowaną teczkę z rękopisami. Byłam podekscytowana. Człowiek, któremu zależało na sprowadzeniu prac Mistrza z drugiego końca świata musi sam być wielkim Mędrcem.

Kolorowe światła, tłum ludzi, billboardy - to wszystko migało mi przed oczami, gdy mknęliśmy szerokimi ulicami. Ciekawe, jak to jest żyć tutaj. Zupełnie inaczej? A może w gruncie rzeczy tak samo? Nie pamiętam jak długo jechaliśmy. Zaparkowaliśmy przed jednym z tych niesamowicie wysokich, oszklonych biurowców. Wjechaliśmy windą na jedenaste piętro, gdzie mieściło się biuro dyrektora. Mężczyzna wskazał mi właściwe drzwi, ale sam nie poszedł dalej. Dyrektor oczekiwał mnie siedząc wygodnie w skórzanym fotelu, za biurkiem. Gdy weszłam, wstał, wymieniliśmy zwyczajowe uprzejmości, po czym zaproponował żebym usiadła.

Nie mogąc już dłużej powstrzymywać ciekawości zapytałam, starając się jak najpoprawniej wyrażać po angielsku:

- Dlaczego wybrał pan właśnie rękopisy Mistrza?

Moje pytanie chyba go zaskoczyło, a z pewnością rozbawiło:

- Bo to będzie świetna książka! - odpowiedział - Ludzie lubią takie rzeczy. Szkoda, że nie od razu w wersji komputerowej, przepisanie i przetłumaczenie zajmie sporo czasu... No, ale przecież trochę się to skróci, uprości, więc może nie potrwa to aż tak długo.

- Książka? - upewniłam się, że dobrze zrozumiałam. Czemu Mistrz nic mi nie powiedział?
- Tak, książka. Dlaczego pani pyta?
- Taka dla nowych uczniów Mistrza...? - próbowałam jakoś to ogarnąć, ale nie potrafiłam.

Mężczyzna jeszcze bardziej wybałuszył oczy, po czym roześmiał się.
- Tak, można tak powiedzieć. Wie pani, dzisiaj ludzie chcą czytać takie mądre, egzotyczne teorie, których w większości nie są w stanie zrozumieć. To im daje poczucie sensu w życiu, czy czegoś tam jeszcze. Półki w księgarniach uginają się od poradników typu: jak żyć?, jak być szczęśliwym?, i tak dalej. To się świetnie sprzedaje. No dobrze, proszę mi dać te materiały i nie będę już pani zabierał czasu.

Czułam się zupełnie skołowana. Drżącymi rękami chwyciłam teczkę, ale wyślizgnęła mi się i spadła na podłogę. Oboje rzuciliśmy się, żeby pozbierać rozsypane kartki. "Mistrzu!" - myślałam - "Czy to prawda? Czy to w ogóle możliwe?". Mimowolnie spojrzałam na tekst i utkwiło mi w pamięci jedno zdanie: "Mistrzowie zen powiadają, iż nie można zobaczyć swojego odbicia w płynącej wodzie, tylko w stojącej." Tamtego wieczoru długo krążyłam po tym dziwnym mieście. Nigdzie nie było stojącej wody.

wtorek, 7 grudnia 2010

But i wieża

Opowiem Wam historię, która przydarzyła się moim teściom. Teściowa kupiła sobie nowe buty, tym razem postawiła na wygodę: był to dość masywny, prosto wykonany obuw. Chodziło jej się elegancko, szczególnie, że do pracy ma kawałek drogi, a samochodu nie prowadzi. Pewnego dni mój teściu przyjechał późno do domu i od razu położył się spać. Jego żona wstała jak zwykle skoro świt i bardzo zaspana, rozbiegana, zamyślona pognała do pracy. Kilka godzin później telefon od męża: "Gdzie są moje buty", przerażona spogląda na swoje nogi i ze zgrozą stwierdza, że przetaszczyła się przez pół miasta w butach za dużych o 6 numerów! Kiedy o tym opowiadali śmiali się szaleńczo i sami nie mogli uwierzyć w to, co się stało. Teść ponoć zorientował się wcześniej, co zaszło, bo kiedy zaczął poszukiwania swoich butów to zajrzał do szafki, a tam stały równiutko, jedna obok drugiej wszystkie pary butów, jakie tylko jego żona posiada i pomyślał "no w czym ona poszła, boso?" Napisałam wiersz z tej okazji:

U stóp wieży pantofel leży
ale żadna z tych stóp
nie ma takiego rozmiaru jak on
Kto wykonał tego cholernego buta?
To poruta
Nie można w to uwierzyć
że u samych stóp wieży
niepasujący na nie pantofel leży




Na koniec opowiem Wam jeszcze bajkę.
O dwóch takich co znaleźli siebie
W nieodległej krainie żyła sobie bardzo dysfunkcyjna rodzina, a w niej piękna, młoda kobieta, której matka zmarła przed kilkoma laty a ojciec ponownie się ożenił. Macocha i przyszywane siostry bardzo gnębiły młodą, która całymi dniami musiała zaharowywać się, ciągle nią pomiatano. Nadano jej także przydomek Kopciuszek. Któregoś razu odbywał się w okolicy wielki bal, podczas którego książę pragnął znaleźć swoją drugą połowę. Macocha wraz z siostrami ubrały się wybornie, doskonale, z pomocą znanego stylisty dobrały dodatki i po wielu wielu godzinach solidnych przygotowań odjechały do pałacu pozłacaną i nakrapianą gdzieniegdzie różowym futerkiem karocą. Kopciuszek tymczasem wyszeptała swoje największe marzenie, rumieniąc się przy tym i trzęsąc. Brzmiało ono tak: „żeby tata odnalazł swoją prawdziwą miłość, którą z całą pewnością nie jest ta okropna kobieta, moja macocha, która nie potrafi okazać ani odrobiny ciepła nikomu.”Wtem w oknie pojawił się niezwykły anioł kształtem przypominający motyla, miał czerwone nakrapiane skrzydła, a środkowa część jego ciała pokryta była wielobarwnymi, poziomymi paskami. Spowijała go kolorowa aura, w pokoju zapachniało wspaniałymi owocami, jakie mogą istnieć tylko w raju. „A to ci dopiero egzotyczny gość” pomyślała Kopciuszek. „-Przyszedłem aby spełnić Twoje życzenie. Jeśli rzeczywiście też tego pragniesz, musisz pojechać wraz ze mną do pałacu, na bal.” -Na bal? To wykluczone, nawet nie mam co na siebie włożyć”. Zaraz wyczarujemy piękną sukienkę i dodatki. Chwilę później w chacie rozpoczęło się prawdziwe widowisko. Anioł wyciągał w z kapelusza różnobarwne chusty, suknie o wszystkich możliwych kolorach i fasonach, biżuterię z ogromnymi, kolorowymi kamieniami, płaszcze wyszywane złotem i srebrem. Kopciuszek mierzyła to wszystko w takim podekscytowaniu, że zakręciło się jej w głowie, jak zahipnotyzowana ubierała kolejne suknie i bransolety. W końcu anioł musiał zdecydować za nią, bo była jak nakręcona. Robiło się coraz później, anioł pośpieszał, Kopciuszek zakładała ostatni dodatek – naszyjnik z wiszącymi mosiężnymi kluczami pociągniętymi różową farbą. Wychodzili. Wokół panował straszny chaos, anioł powoływał z powrotem w niebyt te wszystkie rzeczy, których ogromne ilości nawyczarowywał. Kopciuszek rzucała jeszcze ostatnie spojrzenia do swojego odbicia w lustrze w przedpokoju. Anioł, posprzątawszy już wszystko, wyprzedził ją zwinnie podskakując lekko na swojej jakby gumowej nodze i pokazał jej klucz do karety, co znaczyło „odjeżdżamy”. Piękna panna wybiegła z domu, a po głowie chodził jej widok tego klucza, który przed chwilą pokazał jej anioł. Był to jakby powiększony jeden z tych kluczyków które miała na szyi. Wsiedli. Kareta miała napęd kosmiczny (nie w przenośni, a dosłownie) i za moment byli już przed pałacem. Przed wejściem na salę, anioł uczynił siebie niewidzialnym, a Kopciuszkowi jeszcze dodał uroku. Ale na nic się te zabiegi nie zdały, śliczna panna stała podpierając ścianę i byłoby tak zapewne do końca imprezy, gdyby nie to, że anioł podszepnął jej do ucha, że powinna sama pójść i porwać księcia do tańca, że życie to nie bajka i nie wolno czekać, aż mężczyzna cię zdobędzie, tylko szybko oferować co się ma. Kopciuszek podbiła więc do księcia, ale ten stał niewzruszony, potem jednak się rozruszał i na tańcach się nie skończyło. Tak go śmieszyły dziwaczne stroje dziewczyny: jej zielono – złoto – czerwone pantalony, jej figlarna halka w żółte prążki, skarpetki w kształcie myszek, rajstopy w białe żabki, kluczyki na szyi, pierścionki z wizerunkami Shreka i Harrego Pottera, że postanowił, że tylko ona może zostać jego żoną, że przynajmniej będzie mu z nią zabawnie. Ale skoro wybiła dwunasta, Kopciuszek, powoli, gadżet po gadżecie zaczęła się przemieniać w tę sierotę, którą była jeszcze parę godzin wcześniej. Kiedy się zorientowała, co się dzieje, wybiegła z pałacu. Wróciła do domu, a skoro świt cały dom został obudzony przez poddenerwowanego ojca, który żałośnie pytał „Gdzie jest mój drugi but?” Oczywiście nikt by się nie domyślił, co się stało z ojcowskim butem (nawet sama Kopciuszek, która ubierając go była jakby w amoku i do dziś nie pamięta tego fragmentu przygotowań do balu), gdyby kilka godzin później nie zastukał do drzwi książę z butem w ręku. Ojciec otworzył mu drzwi w jednym bucie i rozpoznając zarówno królewicza jak i swój własny trzewik, z miejsca zemdlał. W przybyłym natomiast obudziły się niebywałe uczucia, jak w transie zmierzył omdlałemu brakujący trzewik, po czym powiódł go do karety i dalej na zamek, a następnie żyli długo i szczęśliwie.

Iza Ochman

niedziela, 5 grudnia 2010

Kryty basen


Od wczoraj trwa w moim domu takie trochę większe sprzątanie. A że ja przeważnie uprawiam taki melancholijno – nostalgiczny styl porządkowania (świątecznego, ale nie tylko) to zapatrzyłam się na jedną z półek z książkami. Czytam tytuły po kolei, przekonana, że ich zestawienie objawi mi teraz jakiś sens:
„Dziecko w świecie marzeń”
„Poszukiwania duchowe z Tonym de Mello”
„Krytyka polityczna”
„Sentencje anielskie”
„Jutro pójdę w świat”
„Przedsiębiorczość bez tajemnic”
„Umysł społeczny”
„Młoda Polska”
„Ułamki filozofii”
„20 pocztówek z kopertami”

Odczytałam sobie w głowie ten spis, który momentami mnie śmieszył, lub przerażał i przypomniałam sobie zadanie domowe: utwór o wieży. Jakikolwiek. Wieża jako motyw przewodni, poboczny, a nawet niebyły. Ten ostatni wariant wskazuje na to, że nie lubię zadań domowych i że niefajnie, że one ciągle coś narzucają, bo ćwiczymy w nich to lub tamto, a na tych Warsztatach Twórczych mamy ćwiczyć przede wszystkim siebie, a ćwiczenie siebie nie może polegać na tym, że ktoś Ci bredzi zrób to lub tamto. Posłużę się tu słowami św. Augustyna: „kochaj i rób co chcesz”. Zajęcia, które prowadzę (a które wszyscy wspólnymi siłami tworzymy) mają na celu, by każdy z uczestników odnalazł w sobie skarb, jedyny i niepowtarzalny, najbardziej cenny dla swojego właściciela, bo świat może coś w nas dostrzec, lub nic nie dostrzec, może nas obrzucić błotem, lub obwiesić medalami, ale to nie może być miarą naszej wartości. Jeśli sami dla siebie posiadamy skarb, to jesteśmy bogaci i już. A wracając do wątku zadań domowych i wszelkich innych: traktujmy je twórczo i raczej dopasowujmy je do siebie niż siebie do nich. Zresztą Olaf tak zrobił ostatnim razem, bo popolemizował z cytatem, który, zdawałoby się, narzuca już jakiś punkt widzenia. No to odrabiam zadanie:

Wieża


„Dziecko w świecie marzeń”
„Poszukiwania duchowe z Tonym de Mello”
„Krytyka polityczna”
„Sentencje anielskie”
„Jutro pójdę w świat”
„Przedsiębiorczość bez tajemnic”
„Umysł społeczny”
„Młoda Polska”
„Ułamki filozofii”
„20 pocztówek z kopertami”

Jutro
Ułamki
Polska
Polityczna
Duchowe dziecko
Pójdzie w świat


Krytyka w świecie marzeń
Przedsiębiorczość anielska
20 pocztówek filozofii
Poszukiwania społeczne



Iza Ochman