Wyobraźnia jest jak garnek, w którym wzburzone fale wody więżą nasze wspomnienia, skojarzenia, gafy, przejęzyczenia. Bywa, że wstydzimy się tego co, w nas najpiękniejsze, najszczersze, dziecięce: nieporadności, spontanicznych odruchów, naiwnej wiary. Przeczytałam "Jednorożca" i zazdrościłam dzieciom tego świata, który sobie zbudowały i po którym poruszały się z taką znajomością. W te wakacje miałam okazję przyglądać się zabawom dzieci, często królowała w nich umowoność i odniesienie do realu. Mało było natomiast ukazywania swojego wnętrza, swojej inności w zabawie. W rodzinie i w szkole jesteśmy przyuczani do przeciętności, nie akcentuje się tego, że najistotniejsza jest nasza istota, która jest przecież niepowtarzalna, dlatego jeden człowiek może skakać po suficie na jednej nodze, a inny karmić jednorożca świecącą rośliną wyrosłą z szuflady. Zresztą karmienie możemy rozumieć jako dawanie siebie, także w zabawie. Czasami możemy dać tylko kłujące igły (jakimi obdarował wybawiciela kaktus z opowiadania Olafa), bo nic więcej na teraz nie mamy, bo taka nasza natura. Najgorzej stwierdzić, że unormowani "dorośli" mają rację i nie wolno nam obnażać swoich słabości, pokazywać swoich fantazji. Kwintując, przytoczę słowa z opowiadania Agaty: "dorośli wygadują tyle głupot".
Iza
niedziela, 31 października 2010
Olaf "Wigilijna przygoda pewnego zmyślnego Kaktusa o nieprzeciętnych cechach charakteru"
Tym razem wpuszczam do naszej wspólnej stajni coś krótkiego. Tak, na dobry apetyt.
Olaf Józefoski
***
Wigilijna przygoda pewnego zmyślnego Kaktusa o nieprzeciętnych cechach charakteru
A więc był sobie pewien kaktus, zielony, młody i wesoły. Wcale nie za siedmioma górami, ani też nie za siedmioma rzekami, po prostu jakieś 30 km od Ciebie, może trochę więcej, może mniej. Nasz drogi kaktus wiódł sobie spokojne życie na parapecie, oglądał się czasem na prawo (widział czeluść obok której stał monitor), a czasem na lewo (widział parę innych kaktusów), najbardziej jednak lubił patrzeć przed siebie(widział białą framugę okna). Miał ten nasz kaktus również swoje problemy, jak wszyscy. W pewnych chwilach, gdy była wyjątkowo chłodna i ciemna noc myślał sobie "może by ktoś okno zamknąąął... zamknąłby kto je wreszcie. Ktoś by je kiedyś zamknął...", znowuż w puste i ciche noce gdy kaloryfery huczały od pracy, rozmyślał nasz kaktus "podlał by mnie ktoś, no podlałby... Bo podlać by mnie ktoś mógł.", a czasem nawet w jego zielonej duszy rodziły się prawdziwe groźby "Ooo! Bo jak ja zaraz podleje tu komuś!". Ale nasz kaktus był w głębi serca dobry, i nigdy nic nie zrobił, przez całe swoje życie, nic nie zrobił. No, urósł, ale licho, parę centymetrów najwyżej. Ale wróćmy do naszego kaktusa, który jak już wiemy, całe swoje życie pędził spokojnie i cierpliwie, jednak nic nie trwa wiecznie...
Był to zimny, grudniowy poranek. Choć kaktus jak zwykle bacznie obserwował framugę, to jednak nie mógł nie zauważyć ruchu, jaki w tym dniu w całym domu panował. Myślał więc nasz drogi kaktus, którego w zasadzie można by nazwać myślicielem, co też to może być dzisiaj za okazja, że taki zamieszanie w całym domu. Myślał i myślał, "może synowa przyjeżdża z wnuczką?", "albo ciotka z Sosnowca?", "Może ksiądz z kolędą? Tak! Nie... kolęda była niedawno... A więc to musi być... to jest... nie wiem co to jest w takim razie". A był to 24 grudnia, Boże Narodzenie. Od tej pory, gdy pomimo usilnych starań kaktus nie zrozumiał czemu taki ruch panuje w domu, postanowił zignorować całe zamieszanie, obrażony troszkę za tę myślową porażkę. Ale co to! Jeden z domowników, nagle zaczyna się krzątać, koło parapetu! Stawia drabinę, coś robi, coś się dzieje... Zasłony spadają w dół muskając delikatnie kolce naszego kaktusa! Słychać znowuż jakiś trzask, jakiś szum i nagle z impetem kaktus leci w dół, a razem z nim do pokoju wdziera się zimne powietrze! To okno, otwarte teraz na oścież, spowodowało upadek z wysokości biednego kaktusa. Ziemia się wysypała z doniczki, kaktus z niej wypadł i leżał bezbronnie, korzenie opierając na panelach. Zanim jeszcze wybrzmiał w pokoju okrzyk "Jezus Maria, moje panele!" kaktus był już podnoszony z ziemi przez kogoś kto przybiegł z wnętrza domu na odgłos huku. Z wdzięczności za pomoc kaktus nawet zostawił w dłoni swego przyjaciela parę igieł. Delikatnie następnie włożony z powrotem do doniczki i położony na parapecie kaktus mógł teraz spokojnie rozkoszować się wspomnieniami tej chwili, gdy z takim impetem leciał w dół, gdy wyskoczył z doniczki na otwartą przestrzeń. Ach, czuł się wtedy taki wolny. Jakże to był dla kaktusa wyjątkowy dzień. Teraz już zawsze, gdy tylko przychodzi dzień wigilii, kaktus przypomina sobie tą historię i z rozmarzeniem drżącym na maleńkich kolcach zapada w cudowną atmosferę świąt.
Olaf Józefoski
Agata "Jednorożec"
Tym razem coś króciutkiego z prozy. Ja z kolei pewniej czuję się w poezji, ale czasem próbuję czegoś innego. (Nie wiem czemu ten tekst wklejony tutaj zmienił myślniki w dialogach na kropki...)
*
"Wyobraźnia bez wiedzy może stworzyć rzeczy piękne.
Wiedza bez wyobraźni najwyżej doskonałe."
Wiedza bez wyobraźni najwyżej doskonałe."
Albert Einstein
Jednorożec
- Dlaczego świat jest taki?
Tato westchnął, zatrzymał jeszcze przez chwilę wzrok na ekranie komputera, po czym obrócił się w stronę, z której usłyszał pytanie. W drzwiach stał jego synek ubrany w piżamę i z miną mówiącą, że nie da się zbyć byle czym.
- Ale jaki? - zapytał chłopca, zachęcając go jednocześnie gestem żeby wszedł do pokoju – Nie stój boso na podłodze...
- No właśnie taki. Cały.
Ach ci dorośli... Nic nie rozumieją. I jak tu z nimi rozmawiać o poważnych sprawach?
- Aha... - ojciec pokiwał głową – No bo po prostu taki jest i już. Rozumiesz? Nic się z tym nie da zrobić. Popatrz...
Wziął z biurka długopis i zademonstrował jak upuszcza go na ziemię.
- To tak jak z tym długopisem. Jak go upuścisz, spada na dół. Zawsze.
Zmierzwił chłopcu włosy i powiedział z uśmiechem:
- No, to idź teraz spać, dobrze?
A synek posłusznie poszedł do pokoju.
- Hej! Tato powiedział, że jak coś się upuści to spada na ziemię! - oznajmił siostrze, gdy znalazł się z powrotem w swojej sypialni.
- Tak? Ale mnie nikt nie upuścił! Poza tym dorośli wymyślają tyle głupot, żeby nie powiedzieć nam prawdy! - odparła dziewczynka skacząc na jednej nodze po suficie.
Braciszek westchnął. Czuł się trochę skołowany tym wszystkim. Postanowił, że przemyśli to później, a póki co spróbuje nakarmić jednorożca tą nową świecącą rośliną, która wyrosła z szuflady.
czwartek, 28 października 2010
Niezrozumienie
Ostatnio miałam okazję być na spotkaniu autorskim z Danielem Odiją. Jego nowa książka, którą zresztą już sobie wypożyczyłam, traktuje o tym, jak to obłęd swobodnie rozpanoszył się w tak zwanym zwykłym życiu i nikt już nie potrafi dokładnie wytyczyć granicy między zdrowiem a chorobą psychiczną. "Kronika umarłych" miała pierwotnie nosić tytuł "Komedia", odnosić się raczej do tradycji dantejskiej (bo to niewesoła książka), ale autor nie był pewien, czy czasem jakiś czytelnik zwiedziony lekkim tytułem nie sięgnie po książkę w nadziei zrelaksowania się. O to powieść z przesłaniem, że obłęd jest normą. Prowadząca spotkanie Marta Fox, zapytała, czy dzięki pisaniu udaje się Odiji zrozumieć lepiej innych ludzi, ale on odpowiedział, że pierwotnie usiłował, pisząc, zrozumieć świat, ale po jakimś czasie dostrzegł, że jedynie siebie samego rozumie dzięki pisaniu lepiej. Świat jest zbyt rozległy i pokrętny. Pisanie daje taką fajną możliwość, by w swoje stany emocjonalne wyposażyć kreowanych bohaterów, co stanowi naturalny wentyl negatywnych doświadczeń. Co prawda doświadczenia te rozpływają się w wymyślanych postaciach, zmieniając zupełnie swój smak i konsystencję, ale sam autor widzi jasne przełożenie np. że w "napisanej" pani Zosi ukrywają się pierwiastki pana Antka, matki, dziadka, synka i kogoś tam jeszcze. Zupełnie jak we śnie, gdzie jedna osoba jest równocześnie dwoma osobami. Zresztą Odija przyznaje na spotkaniu, że sny stanowią dla niego nieobojętny materiał. W ich domu rodzinnym panuje nawet zwyczaj opowiadania sobie snów. Widząc, że dzieci mają łatwość dzielenia się zarówno największym koszmarem, jak i snem który niesie radość, jest szczęśliwy.
Iza
Iza
sobota, 23 października 2010
Grupa
Niedawno prawdziwie doceniłam znaczenie grupy, w której człowiek jest zarazem sobą jak i zupełnie nie sobą, przykładowo: raczej sama z siebie nie wpadłabym na pomysł pisania bloga, bo nie miałam takiej potrzeby, a teraz cieszy mnie, że jako bakteria mogę być częścią większego organizmu, że mam swojego żywiciela, którego jednocześnie także wspieram i dokarmiam, bo jestem dobrą, pożyteczną bakterią kwasu mlekowego. Wszyscy takimi jesteśmy, stanowimy grupę i nazywamy się "Bakterie Żywej Kultury". Imię człowieka jest skrawkiem jego tożsamości i historii, bo tak naprawdę nie ma przypadkowo dobranych imion. Nazywamy się...
Subskrybuj:
Posty (Atom)