wtorek, 25 października 2011

Gra w cymbała

Biegnij uczyć się muzyki
Zgryz opon na asfalcie
gra w cymbała
przecież w Tobie jest już wszystko
metalowy brzęk
echo
szmery skradającego się po organizmie serca
Tropisz jak kot małe zalążki zdrad
a tymczasem wystarczy słuchanie
niemyślące, bezczelne, nagie
ograbione z widzenia

Coraz bardziej blady naprężasz się w ciszę
i futrujesz rozszalałą intuicję
a przecież świat i bez twojego futra
ma dość futrzastości - przebieranej ciszy
teatralnie niedogranej
Uderz suchym pazurem w chodnik
uderz wilgotną powieką w metalową łyżeczkę
uderz brudną ścierką w stół
zamrugaj najgłośniej jak potrafisz
postukaj ziarenkiem kawy w ziarenko ryżu
W tej świętej wypolerownej skośnej twarzy drzemie rozpacz
naucz się ją rozpakowywać
jak prezent od świętego Ildefonsa, który nigdy nikomu nie przysłał prezentu
ale dziś Tobie go wręcza
za pośrednictwem Poczty Polskiej
jest to małe drewniane wiaderko
wypełnione po brzegi
akustycznym wdziękiem

wtorek, 18 października 2011

Ślub

Pobrali się dokładanie tydzień temu, w tak krótkim czasie udało się znajomemu portreciście uwiecznić ich, oprawić w stylizowanej na starą (np. celowo uszczerbionej) ramce. Pamiątka zawisła już w sypialni małżonków i także na tym blogu (o czym oni nie wiedzą, ha ha! Kiedy wyszli na moment - ściągnęłam portret ze ściany, położyłam na łóżku i cyknęłam na to zdjęcie).

Odpowiedź i szczęście

Szczęście jest kunsztownie zdobioną pinezką, szpiczasto - ostrą i specyficznie pieszczotliwą - gdy ją nieuważnie chwycisz, może przebić ci skórę i spowodować krwawienie. Często zdarza się tak, że wydaje mi się, że szepcze do mnie: "bierz mnie", ale przecież jeśli spontanicznie odpowiem na te zawołania, to na dywanie pojawi się olbrzymia brunatno - czerwona plama (nie mam bowiem zbyt dobrej krzepliwości krwi). Tym sposobem od wiosny udaję, że nie słyszę kuszących ponagleń, ale nie daje mi to szczęścia rzecz jasna - ono mieszka tuż obok - w czarnej szkatułce, zatopione w miękką poduszkę aksamitną, boleśnie pojedyncze, błyszczące jak rana, małe, trochę tajne, ciche, ale nie milczące. Zakończone szpiczasto, boleśnie, iglasto, jakby ktoś je u góry rzeźbił hojną, fantazyjną dłonią, a u dołu pazurem wysmagał, ociosał i w kąt porzucił bury. Tym kątem okazała się być ziemia na której żyjemy. Wszyscy stoimy w kącie. Pamiętacie w przedszkolu - jak nas ustawiali, a zaczęło się od raju. Niektórzy mają talent by się okłamywać, że pinezka to broszka, że ciemny kąt jest jasną sceną, że ból ich uszlachetnia, że na niego czekają, że wstążki to nie pogrzebowe, ale balowe, tylko moda na czerń zapanowała, że babcia, która była najlepszą pod słońcem istotą odeszła teraz do lepszego życia (ale czy tam się bardziej przyda?), że kamienie urocze, bo tak wiejsko i wyboiście, że prawie jak w domu (a co było w domu? - otóż ojciec pijany zęby braciom po kolei wybijał), że krwiście rozsadzone, rozstrzępione łono jako sadzawka nowego życia odzyskuje swoją rangę, że bez jednej piersi to nawet może trochę lepiej , bo lżej o pół kilograma mięsa do dźwigania. Ach dzień nasz podobny jest szamotaniny pająka, któremu się wszystko pomyliło i w sieć lepką, a swoją tak nogi zaplątał nie do odkręcenia. Przez moment czuje się jak mucha, a sekundę później jak dziesiątki muszych istnień, które tu utknęły bez wyjścia. Labirynt bez wyjścia - czy można sobie wyobrazić coś gorszego i bardziej chaotycznego. Wszak wszelki porządek zakłada trud, a po nim rozwiązanie. Każda zagadka, każde zadanie, pytanie, droga, poszukiwanie, spojrzenie, wszystko nastawione jest na odpowiedź.

IzA OchMan

piątek, 7 października 2011

On i Ona

Za każdym razem myślał o sobie "wstrętny, podły facet", aż którejś niedzieli Ona przyniosła mu puderniczkę i błyszczyk do ust w pudełku z pędzelkiem, podała mu też najlepszą, według Niej, suknię, jaką tylko mogła znaleźć w tej starej, rozpadającej
się szafie bez uchwytów.

Była czarna, w torsie nieco go uciskała, kokieteryjnie zwężając się ku dołowi, zasłaniała niewielki odcinek łydki, a z tyłu miała coś w rodzaju trenu. Z założenia miał włóczyć się po podłodze, sprawiając, że kobieca sylwetka zdawała się łączyć z ziemią, głaskać ją i tulić każdym posunięciem. Właściwie nie wiadomo dlaczego ślubne, ciągnące się przez wiele metrów treny są postrzegane jako odświętne, oto przecież kobieta staje się w pewnym sensie upadła, łączy się ze swoim niskimi pobudkami i zamiata sobą świat - cokolwiek mogłoby to znaczyć. Na szczęście na nim suknia leżała nieco inaczej, chyba za sprawą tego, że był od Niej sporo wyższy. Tren wisiał komediancko jak ogon i można by pomyśleć, że za chwilę zacznie się naszpikowane żartami przedstawienie z kotem - kotką w roli głównej. Tylko aktor stał pośrodku sceny śmiertelnie poważny. Chwilę później wziął do ręki puszystą gąbeczkę, zanurzył ją w złotej, misternie zdobionej pudernicy i rozpoczął "budowanie siebie od nowa" - jak to nazywał w myślach. On, pan architekt, wreszcie zdawało mu się, że buduje naprawdę, całe poprzednie życie było tylko rozsądnie skrojonym planem, suchym schematem. Tymczasem największą frajdę sprawia bycie budowniczym, kiedy się kładzie cegła po cegle własnymi rękami, wtedy wie się na pewno, że dom powstaje naprawdę. Zaprojektowane przez niego domy były w pewnym sensie nierealne, projekt odbiegał od gotowego budynku na odległość mniej więcej taką, jaka dzieli ziemię od księżyca.

Z twarzy na suknię osypywały się świetliste drobiny jasno beżowego pudru, oczy miał skupione, śmiejące się - już teraz, a policzki świeciły odbitym od lampy światłem. Cicho i delikatnie, jakby robił coś bardzo przyjemnego, ale zakazanego wziął teraz ze stolika błyszczyk do ust w kolorze dojrzałej brzoskwini. A ruch jego ręki mógłby do prawdy przypominać moment kiedy Adam odbiera jabłko z gładkich, smukłych dłoni Ewy. Tu i tu ręka jakby lekko spocona, drżąca - nie wiadomo czy z radości, czy ze strachu.

Kiedy był już gotowy, podszedł do okna i zdecydowanym szarpnięciem odsłonił obydwie naraz ciężkie zasłony. Na dworze było ciemno, dachy domów wydawały się zjeżdżać coraz niżej, świat był cmentarzem, na którym ludzie co wieczór i co rano chowają się już za życia.

IzA oChmaN

środa, 5 października 2011

Z Twoją prezentacją Olaf dodawanie obrazów stało się proste


Podczas prowadzonych przeze mnie warsztatów w ramach Biennale Sztuki dla Dziecka dzieci wyklejały wizerunek wiedźmy

poniedziałek, 3 października 2011

Zaglądać do okien ludziom mieszkającym na parterze – to dopiero zabawa. Kiedy się idzie ciemną ulicą, a w kuchniach palą się światła, w pokojach telewizory, w przedsionkach dogorywające światło żarówki znów faluje tą samą złowróżebną smugą na nierównym, powleczonym białą (a w tym świetle szarą) farbą. Można zapragnąć mieszkać. On, choć miał swoje M4 na szóstym piętrze świeżo odmalowanego wieżowca stojącego tuż przy drodze ekspresowej, nigdy w nim nie mieszkał. Pamięta gładkie dłonie żony pooblepiane chropawo masą ciasta, tajemniczy cichy płacz córki, którą zostawił któryś z kolei chłopak, pamięta łazienkę zawsze pachnącą szyszkami i dźwięk telefonu niosący się przez pokoje radosnym, ptasim świergotem. Jest przekonany, że aby w jakimś miejscu nocować i zjadać łakomie napuchnięte trójkąty babki z śliwkami nie trzeba wcale być mieszkańcem tego miejsca. On mieszkał głównie w swoich marzeniach. A marzył między innymi o tym, by któregoś zimowego ranka obudzić się ptakiem i odlecieć stąd do ciepłych krajów.

Iza oChmaN