niedziela, 31 października 2010

Olaf "Wigilijna przygoda pewnego zmyślnego Kaktusa o nieprzeciętnych cechach charakteru"

Tym razem wpuszczam do naszej wspólnej stajni coś krótkiego. Tak, na dobry apetyt.


***

 Wigilijna przygoda pewnego zmyślnego Kaktusa o nieprzeciętnych cechach charakteru

A więc był sobie pewien kaktus, zielony, młody i wesoły. Wcale nie za siedmioma górami, ani też nie za siedmioma rzekami, po prostu jakieś 30 km od Ciebie, może trochę więcej, może mniej. Nasz drogi kaktus wiódł sobie spokojne życie na parapecie, oglądał się czasem na prawo (widział czeluść obok której stał monitor), a czasem na lewo (widział parę innych kaktusów), najbardziej jednak lubił patrzeć przed siebie(widział białą framugę okna). Miał ten nasz kaktus również swoje problemy, jak wszyscy. W pewnych chwilach, gdy była wyjątkowo chłodna i ciemna noc myślał sobie "może by ktoś okno zamknąąął... zamknąłby kto je wreszcie. Ktoś by je kiedyś zamknął...", znowuż w puste i ciche noce gdy kaloryfery huczały od pracy, rozmyślał nasz kaktus "podlał by mnie ktoś, no podlałby... Bo podlać by mnie ktoś mógł.", a czasem nawet w jego zielonej duszy rodziły się prawdziwe groźby "Ooo! Bo jak ja zaraz podleje tu komuś!". Ale nasz kaktus był w głębi serca dobry, i nigdy nic nie zrobił, przez całe swoje życie, nic nie zrobił. No, urósł, ale licho, parę centymetrów najwyżej. Ale wróćmy do naszego kaktusa, który jak już wiemy, całe swoje życie pędził spokojnie i cierpliwie, jednak nic nie trwa wiecznie...
Był to zimny, grudniowy poranek. Choć kaktus jak zwykle bacznie obserwował framugę, to jednak nie mógł nie zauważyć ruchu, jaki w tym dniu w całym domu panował. Myślał więc nasz drogi kaktus, którego w zasadzie można by nazwać myślicielem, co też to może być dzisiaj za okazja, że taki zamieszanie w całym domu. Myślał i myślał, "może synowa przyjeżdża z wnuczką?", "albo ciotka z Sosnowca?", "Może ksiądz z kolędą? Tak! Nie... kolęda była niedawno... A więc to musi być... to jest... nie wiem co to jest w takim razie". A był to 24 grudnia, Boże Narodzenie. Od tej pory, gdy pomimo usilnych starań kaktus nie zrozumiał czemu taki ruch panuje w domu, postanowił zignorować całe zamieszanie, obrażony troszkę za tę myślową porażkę. Ale co to! Jeden z domowników, nagle zaczyna się krzątać, koło parapetu! Stawia drabinę, coś robi, coś się dzieje... Zasłony spadają w dół muskając delikatnie kolce naszego kaktusa! Słychać znowuż jakiś trzask, jakiś szum i nagle z impetem kaktus leci w dół, a razem z nim do pokoju wdziera się zimne powietrze! To okno, otwarte teraz na oścież, spowodowało upadek z wysokości biednego kaktusa. Ziemia się wysypała z doniczki, kaktus z niej wypadł i leżał bezbronnie, korzenie opierając na panelach. Zanim jeszcze wybrzmiał w pokoju okrzyk "Jezus Maria, moje panele!" kaktus był już podnoszony z ziemi przez kogoś kto przybiegł z wnętrza domu na odgłos huku. Z wdzięczności za pomoc kaktus nawet zostawił w dłoni swego przyjaciela parę igieł. Delikatnie następnie włożony z powrotem do doniczki i położony na parapecie kaktus mógł teraz spokojnie rozkoszować się wspomnieniami tej chwili, gdy z takim impetem leciał w dół, gdy wyskoczył z doniczki na otwartą przestrzeń. Ach, czuł się wtedy taki wolny. Jakże to był dla kaktusa wyjątkowy dzień. Teraz już zawsze, gdy tylko przychodzi dzień wigilii, kaktus przypomina sobie tą historię i z rozmarzeniem drżącym na maleńkich kolcach zapada w cudowną atmosferę świąt.

Olaf Józefoski

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz