poniedziałek, 29 listopada 2010

Koniec i bomba, a kto czytał ten trąba.

Zabieram się do tego posta (a w zasadzie zadanie domowego, choć to tak nieprzyjemnie brzmi), po raz trzeci, no i do trzech razy sztuka, mam nadzieję... Zaraz się okaże... No, zaczynam.

[dopisek późniejszy: Najpierw parę słów wyjaśnienia. Na ostatnich zajęciach Iza poleciła nam do napisania tekst (to miało być opowiadanie? Analiza? Nie pamiętam) w każdym razie mieliśmy się kierować, inspirować czy coś, pewnym cytatem, mianowicie: "Mistrzowie zen powiadają, iż nie można zobaczyć swojego odbicia w płynącej wodzie, tylko w stojącej.". Poniżej oczywiście efekt mojego wysiłku w tym temacie.]

Przepraszam, ale chciałbym najpierw, żeby Mistrzowie powtórzyli, za pozwoleniem... nie można zobaczyć swojego odbicia w płynącej wodzie, tylko w stojącej? O to chodzi, Mistrzowie? Nie macie poważniejszych zmartwień, Mistrzowie? No dobrze, nie ulegajmy pokusie i nie lekceważmy sobie tej sentencji, od biedy każda, choćby najgłupsza, sentencja może się okazać cenna, gdyż próbując ją rozgryźć odkrywamy siebie (rodzaj lustra, gdy interpretując czasem coś sumiennie, nic innego nie odkrywamy poza własnymi myślami).
Tylko że czemu w stojącej wodzie, a nie w wartkim nurcie... Raczej bym postrzegał odbicie człowieka, jego charakter i osobowość jako coś ulegającego ciągłym przemianą i wciąż na nowo odkrywanego. Czemu więc w stojącej wodzie, która kojarzy mi się z zastałym bajorem. W stojącej wodzie ponadto, jest coś chorobliwego, gdyż taka woda najczęściej jest stopniowo pokrywana przez glony i cały staw czy jezioro z czasem zmienia się w bagno. Dlatego też w stojącej wodzie nie ma żadnej przyszłości, jest tylko to, co teraz, żaden nurt nie ciągnie nas mimo woli dalej. Tu mamy jakby pierwszy trop, coś co nam sugeruję że chcąc poznać  siebie powinniśmy skupić się na tym, co jest teraz, kim teraz jesteśmy. Nie określać siebie poprzez to, kim planujemy być, czy kim byśmy chcieli być. Pewna pokora wobec twardej rzeczywistości, która  jest jeszcze trochę pewna, bardziej niż przyszłość. I trzeba mieć czas, trzeba się zatrzymać i odstąpić na chwilę od gonitwy, stanąć, żeby móc prawdziwie wniknąć w głąb siebie. Co z przeszłością? W przypadku stojącej wody to zazwyczaj wspomnienie dawnej świetności, pewnie niejednokrotnie bogatej jak przyjrzeć się polodowcowym jeziorom. W tym przypadku też byśmy może dopatrzyli się (gdybyśmy uparcie chcieli) pewnych związków z życiem człowieka, które po początkowej fazie rozwoju popada w pewien regres. W każdym razie, punkt pierwszy: najważniejszy jest obecny moment.
Dalej. Zwykło się mówić, że cicha woda, brzegi rwie. Niewątpliwie rzeczona stojąca woda może nam się wydawać cicha (byle nie w okresie żabich amorów). Jednak nie jest w stanie zagrozić poważnie żadnemu brzegowi. Tylko płynąca woda ma w sobie potencjał i siłę, która żmudnym wysiłkiem rzeźbi skałę i lądy. Stojąca woda jest bierna, apatyczna, bezsilna. Można rzucić w jej tafle kamieniem, i ona podda się lekko pod jego ciężarem, a z jej rany rozejdą się płoche okręgi po całej długości. Godna litości i pożałowania jest stojąca woda. Więc, być może, aby odnaleźć siebie trzeba właśnie nie wściekłej dociekliwości, namiętnego gonienia za własnym ogonem, ale właśnie pewnego biernego postoju, bez pretensji do żadnych rang i szacunku. Może właśnie brak siły i wpływu na cokolwiek daje moc zrozumienia. Dopiero wtedy, gdy nie możemy nic zmieniać, zaczynamy rozumieć rzeczy takie, jakie są. No i, to już żadne odkrycie, trzeba zejść z chmur żeby móc się wszystkiemu lepiej przyjrzeć.
To było po drugie. Ale jak się rzekło już na początku mojej wiadomości, do trzech razy sztuka, więc po trzecie... Stojąca woda... stoi. Tafla jest gładka, etc. Skoro tak, to, rzeczy oczywista, obraz jest poniekąd wyraźniejszy, nie tak rozmazany jak to by mogło być przy rzece, wodzie płynącej. Enigmatyczne wskazówki mistrzów zen może są czasem po prostu bredzeniem podstarzałych ekscentryków, którzy tracąc kontakt z rzeczywistością zagubili obiektywną wartość takich odkryć jak "woda jest mokra", albo "słońce świeci". Wyrzucają więc z  siebie takie 'eurekowskie' niepozorne odkrycia, a nasze wrodzone pragnienie tajemnicy, autorytetu widzianego w starszych osobach, podsycane dodatkowo przez egzotyczna dla zwykłych białasów kulturę wschodu, sprawia że za nic na świecie nie chcemy zrozumieć że "płynąca woda" to dość toporne określenie na rzekę, a nie enigmatyczna i pełna symbolicznego znaczenia metafora.
No ale nie odpuszczajmy sobie tak łatwo zabawy. Skoro tak daleko zaszliśmy, to puśćmy jeszcze konfidencjonalnie oczko do Mistrzów Zen. A co nam szkodzi. Nie wiem jak wy, ale ja osobiście w stojącej wodzie bym się nie wykąpał, a to dlatego, że jej kondycja jest na ogół dość wątpliwa. Wiecie, glony, żaby, różne naturalne, nienaturalne i nadnaturalne śmiecie które tam wpadły albo ktoś je wrzucił. Płynąca woda w całej swej szczodrobliwości każde śmiecie oddaje jak tylko może na nieoprocentowane konto w morzu. Dlatego też czasem pijemy sobie z leśnych źródełek, czy z zachwytem wpatrujemy się w rześki i czysty strumień. brudna woda, stojąca woda, może być symbolem pewnej... zwyczajności, szarej codzienności. Takiego braku idealizmu. Stojąca woda jest też zazwyczaj głębsza, więc mamy tutaj nasze odbicie na tafli wody, które za sobą ukrywa jakby dużo więcej, może nie tak jasno i przejrzyście, ale właśnie o to chodzi, że my sami jesteśmy każdej jasności i oczywistości przeciwieństwem. Nie jest możliwym ujrzeć siebie w płytkim i jasnym obrazie, trzeba się liczyć z pewnym odległym dnem, które jest poza zasięgiem naszego wzroku i może na zawsze zostanie, tak że nigdy do końca siebie nie poznamy. Ale już sama świadomość tej złożoności, nieosiągalnej poniekąd, pozwala nam na większe zrozumienie siebie samych i świata wokół nas.


Jak widzicie, z Mistrzami Zen da się zrobić wszystko, od soku wieloowocowego po rozwlekłą refleksję nad złożonością odbioru własnej osoby i trudnością w jej percepcji (chyba masło maślane... ale właśnie chodzi o to, że ma tylko mądrze brzmieć). Nie ujmując jednak nic Mistrzom, ani własnej dociekliwości, pozostawiam to takie, jakie jest, nie czytając nawet tego po raz drugi w obawie przed bez sensem. Niech ten wywód sobie swobodnie hasa i zażywa życia w bezkresie internetu.

Olaf Józefoski

8 komentarzy:

  1. Po raz pierwszy piszę komentarz. W pierwszym akapicie Olaf w zasadzie wyśmiewa i ironizuje z Mistrzów, nie tylko z mistrzów zen, ale ze wszystkich innych, zapewne łącznie ze Słowackim, który wielkim poetą był (nie bez przyczyny tytuł Jego wypowiedzi odnosi nas do Gombrowicza). Mam wrażenie, że autorowi powyższej wypowiedzi podobnie mocno doskwiera strach przez formą jak doskwierał autorowi „Ferdydurke”. Stąd może bierze się także lęk przed wodą stojącą jako czymś chorobliwym, pełnym obślizgłych i ciągnących się glonów. Olaf chyba wierzy w życie w ciągłym ruchu, chce się ciągle zmieniać i przybierać coraz to nowe maski (stąd ciągoty do aktorstwa). Gombrowicza bolało to, że człowiek nie może się spod tych masek uwolnić, w tym punkcie panowie się mocno różnią.
    Stojąca woda zostaje nazwana zastałym bajorem, w którym nie ma żadnej przyszłości. Jednak bez świadomości „teraz”, czyli punktu, w którym się znajdujemy obecnie, nie ma nas – chciał zdaje się przekazać autor. Bo czy możemy być konstruktem złożonym z marzeń i planów? Jestem niemal pewna, że istnieją takie zaburzenia osobowości, w których jednostka nie potrafi powiedzieć, kim jest na obecnym etapie życia. Pamięta siebie z przeszłości, wyobraża sobie siebie w przyszłości,ale kim jest teraz – to dla niej niedostępne. Jestem ciekawa, czy mieliście kiedyś tak? Bo ja miałam. Olaf widzi jednak większe zagrożenie w tym, że jest się „teraz”, ale nie ma nas w przyszłości. To złudne, bo tak samo ważne jest „tu i teraz” jak „potem, na przyszłość, w planach”. Ciągle planując i poświęcając się dla dobra przyszłości (np. matka, która nie pójdzie do fryzjera, zje byle co, bo dziecku trzeba dać na nowy kurs językowy) grozi utratą siebie. Dlatego najlepiej stać jedną nogą w wodzie stojącej, a drugą w wartkim, czystym, świeżym strumyku, który symbolizuje to, co nowe, kreatywne, żywe. I o tym także pisze Olaf. Ale jakoś w całym tekście jednak uprzywilejowana jest płynąca woda, choćby dlatego, że „oddaje śmieci na nieoprocentowane konto w morzu”. Śmieci to zasadniczo coś niepotrzebnego, jakiś balast np. niedobre wspomnienia, złe uczynki (po Jungowsku – sfera cienia, jako coś odrzuconego, a po Freudowsku wszystko to, co wyrzuca sobie superego).

    OdpowiedzUsuń
  2. Śmieci to coś, co chciałoby się po prostu wyrzucić, a stojąca woda nie daje takich możliwości, wszystko jest w niej, wg autora, stałe, niezmienne, zastygłe w bezruchu. Może Ty się po prostu boisz, że jak się zatrzymasz, staniesz w kompletnej ciszy prze taflą stojącej wody, to wraz z widokiem swojego odbicia zobaczysz też śmieci. Takich nieprzyjemności nie zaznasz z wodą płynącą, ale czy w niej rzeczywiście można zobaczyć swoje oblicze, czy nie będzie ono potargane, fragmentaryczne, zdeformowane (powyciągane) i nieuchwytne? Mam wrażenie, ze Ty kochasz wartki nurt życia, bo on pozwala, że nawet to, co postrzegasz u siebie jako niezbyt wartościowe (śmieci) może po czasie przybrać formę skarbu, co prawda konto, na które wpływają śmieci nie jest oprocentowane, ale jest kontem, czyli zbiera środki na przyszłość (znowu ta przyszłość) i kiedyś będzie można z nich skorzystać. Podam niecny przykład: ktoś jest uczniem liceum i w swoich szkolnych przygodach (kartkówki, przepytywanie) wykazuje się sprytem, co zostaje potępione przez nauczycieli, ale koleś sobie myśli: „ok, teraz mnie za to gnębicie, ale ja nie mam zamiaru się tej cechy pozbywać, dopasuję się do obecnej sytuacji (co oznacza, że nie będzie się wykazywał sprytem), ale wyślę swój spryt na nieoprocentowane konto i skorzystam z niego później, jak już będę dorosły (działanie tego człowieka jest dynamiczne i przemyślane, a więc mieści się po stronie strumyka, a nie zastanej wody, w myśl której przemyślałby swój charakter, przemedytował i być może postanowiłby żyć uczciwie, sprytem posługując się w ograniczonym stopniu. Ale ta historia to absolutnie nie o Tobie Olafie, chciałam Ci tylko pokazać, jak bardzo uniwersalne jest to co piszemy, tak pojemne, że mieści się w tym cały świat i wszystkie postawy, te chwalebne i mniej chwalebne.
    Świetnie zauważasz, że stojąca woda jest zazwyczaj głębsza (głębsza jest też refleksja o sobie, jeśli stoimy w bezruchu) i że trudne momenty w naszym życiu mogą prowokować niesłychanie ważne odkrycia na temat nas samych.
    Iza

    OdpowiedzUsuń
  3. Wow, Iza. Myślałem że mój post jest epopeiczny, ale widzę, że ty prawie mnie przebiłaś swoim komentarzem ;P Dziękuję Ci bardzo za tak złożoną i wyczerpującą analizę, pochlebia mi, że każdemu tekstowi jaki napiszę poświęcasz tyle uwagi. Dziękuję Ci za to.
    Tylko że, mój tekst to była analiza w zasadzie, którą ty z kolei zanalizowałaś, i wiesz co? Czuję że mógłbym Twoją analizę mojej analizy również zanalizować i nawet miałbym na to ochotę ;D Ale to byłby jakiś zgubny krąg który im szerzej by się zataczał, tym mniej byśmy chyba rozumieli ;P

    OdpowiedzUsuń
  4. Jeśli tylko masz jeszcze wenę, by wałkować ten sam temat, to ja jestem za Twoim komentarzem, bo zauważyłam, że Ty często masz zupełnie różne ode mnie spojrzenie i to jest dla mnie ciekawe, rozwijające. Z naszych wypowiedzi wynika, że ja kocham stojącą wodę, a Ty płynącą. Może by tak jeszcze trochę pociągnąć ten dialog interpretacyjny, bo chyba coś jeszcze z tego wyniknie. Może przy końcu wymienimy się stanowiskami?

    OdpowiedzUsuń
  5. Chciałam tylko jeszcze dodać, po otrzymaniu prywatnego maila od Olafa, że tekst "Koniec i bomba..." na pewno nie grzeszy rozmemłaniem, jest może trochę zawile napisany (ale zobaczcie sami jak piszą filozofowie!), ale treściowo wiele wnosi, szczególnie komuś kto zafascynowany "milczącymi" praktykami zen wchodzi co rano w spokojne wody medytacji. Jest to głos raczej krytyczny, ale bardzo ważny, kiedy o to chodzi, by się nie utopić. Wszak o wodzie dywagujemy.
    Co do pogamtwania: wszyscy musimy się uczyć, by być, jak to lubię mówić: "komunikowalni", bo jeśli nie ma komunikacji, to każda myśl jest bezużyteczna.

    OdpowiedzUsuń
  6. Dziękuję szanownej Izie-Bakterii za całą uwagę i pochwały ;-) Następny mój wpis, który mam nadzieję będzie już lepszy, dedykuję Tobie! :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Ciekawy wywód, różne refleksje z tego można odnieść do przeciętnego życia...
    Jakkolwiek kiedy przeczytałam ten cytat, to o razu nasunęło mi się na myśl nieco inne skojarzenie. Szybki nurt może być ot, taka zwyczajną metaforą naszego życia upływającego w pośpiechu, życia w którym wciąż za czymś gonimy, bezustannie nie mamy na nic czasu. Refleksja przychodzi dopiero wtedy, kiedy zwolnimy, zatrzymamy się, choć przez chwilę będziemy "stojącą wodą", będziemy w stanie zanalizować to, co nam do tej naszej wody "wpadło". Jak dla mnie to wcale nie musi oznaczać kompletnej stagnacji.
    Poza tym w wodzie stojącej możemy dostrzec odbicie nie tylko na samych, ale i całego świata. I nieba.
    Może czasem warto się tak na chwilę zatrzymać, spojrzeć na świat wokół siebie i się nim zachwycić? Czy warto wciąż biec, byle szybciej, byle dalej?
    Czy stojąca woda musi być 'Godna litości i pożałowania'? Nie wydaje mi się. W każdym rodzaju wody można znaleźć piękno;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Pięknie Judyta, podoba mi się Twój komentarz. Jeśli chodzi o ten mój wywód to on raczej jest zabawą, niż formułowaniem opinii, w ogóle jestem pełen podziwu że się do niego dokopałaś, ja już o nim zapomniałem :P
    Jeśli ten cytat prowokuje Cię do jakiś przemyśleń i spostrzeżeń, zachęcam do opublikowania ich w formie nowego posta ;-) Myślę że to będzie cenny wpis :D

    OdpowiedzUsuń