piątek, 12 listopada 2010

Olaf "Saga o Wikingach"

Drodzy!

Trzymajcie kciuki, za tą nie upieczoną jeszcze inicjatywę, jaką jest ten blog i wszystko co z nim związane. Ja wierzę, że co nas nie zabiję, to nas wzmocni. Zwłaszcza teraz, pozornie szkodliwe i uderzające w nas wypadki losu, przypominają nam tylko o tym, żeby nie poprzestawać na doraźnych wygodach, ale dalej rozwijać skrzydła! Co tam, że za oknem wichura, zimno i pada a kaloryfer zimny i pająk plecie swoją sieć w ciemnym kącie. Ha! Igraszka, teatrzyk słomianych kukiełek, miła sercu dziecka zabawa, ale nie wystarcza dla nas. Dalej, dalej!

To nic, to nic... Nie zapalajmy jeszcze ognia, który tli się w oczach. Póki co, jeszcze jedna potyczka na gruncie mojej wyobraźni z wyobraźnią własną.


 ***

 
Saga o wikingach


            Cały świat obleczony płaszczem mrozu. Domy ustawione w rzędy, wyglądają jakby na coś czekały, gotowe w każdej chwili rzucić się na kogoś. Do połowy przysypane śniegiem, wodzą wokoło ślepymi oknami, za którymi światło od dawna się już nie pali. Lasy ciemne, wody i rzeki skute grubym, mlecznym lodem, ciemne mieszkania i place przeszyte mrozem, wszystko to tak samo białe, zrównane z sobą przez śnieg. Księżyc zwisa z okapu nieba jak sopel lodu. Noc jest przejrzysta i jasna, ale panujący mróz nie pozwala się nią cieszyć. Nikt nie wychodzi, żadna wiedźma ani złodziej nie znaczą śladami zaległej warstwy śniegu. W puszczach cisza przędzie nić między wilkami, trollami, przez zapuszczone jeziora i łąki pełne driad i elfów do osiedli gdzie wśród ciężkich skór i ognisk śpią nieraz gorsze jeszcze bestie. Nikt nie rzuca wyzwania ciemności która wpiła kły na horyzoncie i cała krainę trzyma w swojej paszczy, nikt nie próbuje pokonać ogarniającego całą okolicę śniegu.
Tylko wataha młodych wikingów, których odwaga graniczy z szaleństwem, była gotowa w tę noc opuścić ciepłe domostwa. Zebrali się razem koło wiaty, i niecierpliwie wypatrywali czegoś na horyzoncie. Groźne ich postacie przypominają stojące nieruchomo drzewa w ciemnym mateczniku. Mało ze sobą rozmawiają, wszyscy przejęci do kości mrozem i powagą chwili, gdy lada moment ruszą wspólnie do boju. Jak bracia, w jednym rzędzie, nie spuszczając nigdy wzroku, to obserwują swoją broń, to patrzą wojowniczo przed siebie. Wreszcie ciszę rozdarł niespodziewany głos jednego z towarzyszy, to Alwar Długowzroczny zauważył zbliżające się z daleka światełko. Po chwili już nie było wątpliwości - ten blado świecący punkt na horyzoncie, który tak szybko się zbliżał, to drakkar na którego czekali, którym wyruszą walczyć w odległych krainach. Gdy tylko zbliżył się i przybił do miejsca w którym stali, cała ich wataha wdarła się na jego pokład, a tylko paru z nich skasowało bilet. Niespokojnie patrząc po twarzach innych obecnych na pokładzie, przejęci żądzą krwi wikingowie zaczęli powoli rozgrzewać się przed nadchodzącą potyczką. Zaczęły się zażarte rozmowy między towarzyszami, przechwałkom nie było końca, każdy z nich deklarował że jest najodważniejszy i najsilniejszy. Niektórzy z pobożniejszych wikingów, wpatrzeni w ginący w mroku za szybą horyzont, prosili Thora i Odyna o siły i odwagę. Inni, bardziej pewni swoich możliwości, błagali tylko Freje o szczęście, bo choćby i sił nie zabrakło, to nie daj Bogowie jeśli kto poślizgnie się na schodach, lub zamokną mu buty. Coraz bliższa każdemu chwila, gdy ostatecznie okaże się kto ma najwięcej serca i kto najsprawniejszy w boju, wzburzyła ich gorącą krew. Czując to wszystko, i dając się ponieść emocją, powstał Eryk Sinonosy by przemówić do swych towarzyszy.
- Bracia! – krzyknął a jego długa broda zatrzęsła się pod wpływem nagłego ruchu – Dziś znów wyruszamy na wiking. Dobra naszych rodzin i ich honor spoczywają w naszych rękach! Niech nikomu nie zabraknie dzisiaj odwagi, a jeśli nie dopisze nam los, obyśmy nazajutrz spotkali się razem na uczcie u Odyna, w jego wspaniałym pałacu! Niech walkirie prowadzą nas do boju!
Gromki okrzyk podjudzonych wojowników odbił się echem od ścian. Długie włosy powiązane w warkocze, ciężkie futra i skóry zatrzęsły się od gromkich wrzasków. Teraz każdy czuł, że dziś będzie bił najmężniej, najmocniej. Duch berserkera obudził się w tęgich ciałach wikingów, wszyscy prawie wstali potrząsając walecznie bronią i patrząc po towarzyszach. Tylko Berengar Emerytowany został na swoim miejscu, gdyż jako najstarszy wiekiem i najbardziej doświadczony, nie uległ panującemu zapałowi i  z uwagą badał niebo, „zbliża się odwilż – pomyślał, a jego ciało przeszył nagle dreszcz – może być gołoledź…”.
Nie trwała cała podróż dość długo, by w sercach mężnych wojowników mogła zgasnąć dzika furia. Gdy tylko drzwi otwarły się z westchnieniem, wybiegli w ferworze opuszczając ciepłe wnętrze autobusu. W szalonym pędzie dobiegli do miejsca ich potyczki, kolejnego pojedynku z losem, gdzie stawiając na szali swoją odwagę i siłę, walczą z każdą przeciwnością. Rzucili się natychmiast, ze swoimi łopatami, do chodników, i schodów. Śnieg, poddając się ze stękiem głuchym uderzeniom łopat, ubywał z dróg w godnym podziwu tempie. Choć przez mroźną noc, napadało go co niemiara, zakrywając wszystkie ścieżki, to wikingowie i tak bez krzty zmęczenia czy strachu usuwali nawet największe zaspy. Śnieg, niczym w obliczu żywego ognia, znikał ze wszystkich miejsc gdzie pojawili się wojownicy. Łopaty grzmiały raz po raz, krusząc nawet lud i udeptane warstwy białego puchu.
Nim wikingowie się spostrzegli, świt oblał całą okolicę, a wróg został wyparty z okolicy. Całe pole usłane było rozrzuconymi tu i ówdzie piaskiem i solą. Dzielni mężowie, którzy, nie bacząc na lęk i słabość, walczyli dzielnie aż do samego końca, mogą teraz z dumą wrócić do swoich domów w odległych krainach. Co prawda nie obeszło się bez ofiar, Ingwar, zwany odtąd Obitotyłym, upadł i okrutnie został potraktowany przez padający wcześniej pod jego ciosami lód. Towarzysze którzy byli obok, zdołali go na szczęście w porę podnieść, a jego syn, Ingolf, poprzysiągł zemstę na winnych krzywdy ojca. Wikingowie po pojedynku ruszyli bezzwłocznie w drogę powrotną, przez bezkresne otchłanie betonu do swoich żon i rodzin. Na pobojowisku, po walce zakończonej chwalebnym zwycięstwem, zostały tylko gdzieniegdzie rozrzucone kopce usypanego śniegu, niczym pradawne kurhany upamiętniające stoczone bitwy, i poległych wojowników.

Olaf Józefoski

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz