poniedziałek, 10 stycznia 2011

Gdy paliło się getto...

Posty Opowiadanie Stefana Chwina pt. "Róża zbawienia". Starszy profesor, niezwykle ceniony za dorobek naukowy, całe życie oddany badaniom i analizom współczesnej literatury polskiej. Pewnego dnia nazwiska poetów i pisarzy zaczynają mu się dziwnie odklejać od imion, podczas wykładów opowiada kwieciście o Ferdydurke Czesława Gombrowicza, Traktacie moralnym Witolda Miłosza, Panu Cogito Zbigniewa Krynickiego. Studenci odczytują to jako żart, każdemu wypowiadanemu przez profesora zdaniu towarzyszy specyficzny chichot, który stosuje od lat, później jest podejrzewany o zmęczenie, wreszcie uczelnia wysyła go na długi, długi urlop. Tam, siedząc w swoim opustoszałym gabinecie, jest przekonany, że ostro pracuje, że pisze rozprawy o Herbercie. Tymczasem całe dnie przepływają na niczym. Czyta książki do góry nogami, zamiast układać zdania, kreśli w notatniku przeciągnięte w nieskończoność linie. Jeszcze jest zapraszany na uroczystości wręczania nagród literackich, odświętnie ubrany pełni godności i składa gratulacje. Ale kiedy po długim i mądrym przemówieniu zamiast wywołać nazwisko zwycięscy poratowuje (cyt. jak wyżej) się swoim chichotem, zostaje brutalnie wycięty z życia uczelnianego i jakiegokolwiek. Przeniesiono go do hospicjum, gdzie raz odwiedzony przez córkę, staje się przyczyną jej zdezorientowania, zawiedzenia, bo nie potrafiąc jasno odpowiadać na pytania eleganckiej kobiety, jest przez nią postrzegany jako zagrożenie, jako niejasny porządek, zakłócenie normalności, kobieta reaguje na chorobę lekko histerycznie i pragnie swoim zachowaniem przywrócić ojca "do porządku". Nic jej nie można zarzucić, z pozoru kocha tego człowieka i tak bardzo martwi się jego nieszczęściem. W hospicjum raczej już się nie pojawi, za to mężczyną opiekują się dwie kobiety, które wykonują swoją pracę na 5, żadnego przepychania, obleg itp. Chory jest w ich rękach nic nie wiedzącą, nie czującą maszyną, z którą trzeba się obejść nienagannie, ale przecież nie jak z kimś, kto żyje i czuje. Mówią do niego "niech wejdzie, niech zje..."itp. Ksiądz przychodzący co rano z hostią podaje szczegółowy instruktaż jak opłatek wziąć w usta, co z nim zrobić dalej, nie wspomina o znaczeniu tego, co się dzieje, choć przecież musi wiedzieć, że człowiekowi którego ma przed sobą właśnie znaczenia uleciały z głowy. W tej sytuacji tylko potwory żyją jeszcze i odwiedzają staruszka, rozmawiają z nim prawdziwie, np. jakiś studenciak, który przepytuje go z tabliczki mnożenia pod groźbą, że jak nie odpowie, to nie zostanie wpuszczony do nieba, tylko wysłany do komory gazowej. Powtarza jak nauczyciel uczniowi w szkole, że ma się skupić, że jest czołowym intelektualistom polskim i że patrzy na niego cała Europa, wymachuje mu przed oczami jego dyplomem doktorskim z podpisem samego Ingardena, grzmi, że nie może zawieść, że musi dać przykład całemu narodowi. Jak kamienie na beton padają na starego pytania: gdzie i kiedy urodził się Adam Mickiewicz? Kto i jakim piórem napisał Lalkę? Co to są fundusze unijne? Jaka jest idea przewodnia Króla Ducha? Kim był Czesław Miłosz? Nie ma ani chwili na zastanowienie, w ruch idzie drewniana linijka "aż zimne igiełki bólu przeskakują pod paznokciami"("Pod dobrą gwiazdą. Opowiadania", Wyd. Znak, Kraków 2009 ). Zły duch przypomina profesorowi wszystkie te wykłady do których był nieprzygotowany, nie pamiętał nazwisk, nie miał pojęcia o czym piszą prace jego doktoranci. a następnie pada pytanie: "Co powie na to twoja biedna matka i Jan Paweł II, którego dłoń uścisnąłeś osobiście w obecności samego prymasa Polski?" (cyt. jak wyżej)

Niewątpliwie, co zresztą bardzo pięknie podpowiada nam opowiadanie, dusza (bogata i wypielęgnowana, dzika jak ogród botaniczny, nieugrutowana, utreściowiona, rozległa, acz zaczepiona o Boga) mogłaby uratować życie tego człowieka, które niszczone konsekwentnie przez siły zewnętrzne jest jednak najbardziej degradowane od środka i to nie przez chorobę psychiczną, zaburzenia pamięci, ale przez brak jakiegokolwiek życia duchowego, przez lęk i wizje z przeszłości upiornie zmiksowane i w tym kształcie niestety nad wyraz prawdziwe.

"Ze wszystkiego, co powinna pamiętać, dusza pamięta tylko słowa księdza Worochowskiego, katechety z kościoła Świętego Krzyża, który w roku 1943, gdy paliło się getto, krzyczał z barokowej ambony, że wszyscy chłopcy, którzy nieprzystojnie bawią się sobą pod kołdrą, trafią do rozżarzonego krematorium piekła"(cyt. jak wyżej)

Iza Ochman

1 komentarz:

  1. Przygnębiające trochę musi być to opowiadanie, choć jakby napisane z pewną dozą humoru. Chyba zajrzę do niego, jak mi zostanie trochę czasu po wszystkich egzaminach. Dobrze widzieć znów Twój wpis na blogu :D Jakoś pusto tu ostatnio było.

    OdpowiedzUsuń