poniedziałek, 18 lipca 2011

Cafe "Poezja"

Café medium

w kawiarnianej karuzeli urywają się zdania
w najciekawszym punkcie
od przecinka do przecinka moje ciało waży mniej niż myśli,
tylko dłonie ciążą
od brudu liter zegarka i sygnetu. całkiem zbytkownie
w prywatnej pustyni o smaku wczorajszego dnia
i nawet tu nie przynależę
choćby w większości zwykłej
w szaliku i czapce a la Galliano
żeby mnie nie wiedzieli
ale żeby się dziwili
ale nikt nie patrzy



Głodny umysł

gdybym tylko nie bał się pisać
nie byłoby takiej filharmonii której nie zapełniłaby do ostatnich krańcowości elektryka mojego geniuszu jak powietrze odbite od plastyki ruchów pierwszego tancerza Andaluzji o oliwkowej skórze bez koszuli
każdy balet nosiłby pontyfikalnie z miną urwisa sygnaturkę mojej obsługi
prawno-choreograficznej. ta!
trwałość liter twardych w sens jak egipskie piramidy Majów. ta!
ultraintrospektywna maszyneria gorejąca w oszałamiających  refleksjach mojego bezprzykładnego „ja”
wije się lecz nie łamie myli się i kosztuje. gdybym nie bał się pisać, roztopiłbym się
na wylot przy maniakalno-depresyjnym blasku własnej pankreatywności
w tanecznym przerysowaniu
cyrkowego makijażu z uśmiechem jak banan
w zatrzymaniu na szczegółach
jak baletmistrz po piruecie
mistycznie
jak malarz między deseniami khaki z pędzlem w pół drogi
w obłędnym pędzie pośród ciszy
ku zarżnięciu makrogospodarczych mocy przerobowych wciąż głodnego umysłu
o tak! hucznie i na protest mnie
taką (sam) sobie muzykę tworzę
między słowami
dokonuje starannie interpretacji mojego geniuszu
przed lustrem z na w pół ogoloną twarzą bo każdy kęs
wydłuża drogę do dna kompleksu niższości
nawet gdybym mniej bał się pisać



21 lutego

Miałem dziś pył z Twoich oczu
dwa lata po
ale na żywo. w ciasnej kawiarni bardzo passé
zastygł mi ciepło smsem w pamięci sim
nie formowaliśmy już razem wosku świeczki
powiedziałaś by zostawić jak jest
choć w menu na bardziej smakował nam deser
 „szatański urok”
niż „czekoladowy morał”

21 lutego 2011, KRK



Muszle i motyle
(U dna nieba dotykam ziemi)


zamaszyście skamieniały motyl wykluwa się z oka
muszli spiralnie na okrętkę. kolorowe wariactwo
łypie systematycznie jak eksponat wypolerowany
w podziemnych czaszach muzeum rzeczy małych. artystów
nie stać

siedzę z kolanami pod brodą. pod dostatkiem
historii. wytarły się schody. wypiekają się wspomnienia
na lata szpilką przetrącone za grzbiet do duszy.
u dna nieba dotykam ziemi
by się nie poparzyć na popiół. zwyczajne bhp
w kategoriach jurydycznych. toczy się bieżący
zarząd rzeczy małych od słowa przez tacę
do Boga. na amen. słyszę jak wskazówki w poczekalni
wybijają mi rytm
z głowy. słyszę gdy modlą się owady

a biżuteria świeci po oczach odbitym blaskiem
właściciela. zawsze. monety wytracają się przez dziury
w pomysłach.
choreografia zegarka strzela mi na głos w koła
koncentryczne rytmem. spiralnie w ciało na okrętkę
jak pocisk trafnej teorii sztuki dla mas. wiersze są z liter.
kwiaty z bibuły. mam nawet portret cienia.

a jeśli Bóg narysował nas
miękkim ołówkiem? tylko że na pięciolinii
nikt tego nie usłyszy. gdy motyl dźwiga piękno
na skrzydłach drży wariactwo barwne od wspomnień
przez mózg do pięt. i wytarło się od szukania
pomysłu. ostatni egzamin nadejdzie boso
w kategoriach historycznych.

Kraków, 29.4.2009,

Lambrekin

2 komentarze:

  1. Dobre wiersze. Przepełnione czułością, zmysłami... nadmuchane czasem gwałtownością pragnień i ambicji (głodny umysł), innym razem znów surowe i szorstkie w rytm upływającego czasu (Muszle i motyle). Przede wszystkim czuć w nich lirykę. Bardzo współczesna poezja.

    OdpowiedzUsuń
  2. Z przyjemnością Cię poczytałam. Moje refleksje masz na maila :) O tak można u dna nieba dotknąć ziemi.
    Pozdr. Łucja d

    OdpowiedzUsuń