wtorek, 29 listopada 2011

Czemu piszę?

Kusiło mnie, żeby mój post zatytułować bardziej ogólnie, mniej podmiotowo, najlepiej żeby w ogóle usunąć się z widoku za jakimś "Czemu się pisze?" albo "Po co literatura?". Poprzez taki obiektywnie i poważnie brzmiący tytuł mógłbym odsunąć na bok wyrzuty sumienia które będą mnie dręczyły że piszę o sobie, że siebie zdradzam i przyznaje się całkiem poważnie do egocentryzmu. Mimo wszystko zdecydowałem się przyznać że piszę właśnie o sobie samym. Tutaj zaraz śpieszę z wytłumaczeniem, nie o to mi chodzi żeby moja perspektywa była szczególna albo uprzywilejowana, ale wydaje mi się że szukanie odpowiedzi na takie pytanie, w ogóle na większość pytań o sztukę, inaczej niż w sposób subiektywny byłoby pewnym przekłamaniem i podstępną próbą zaszczepienia własnej opinii jako z natury słusznej. Cechą więc podejścia osoby ciekawej i otwartej musi być subiektywizm, bo tylko on zakłada możliwość pomyłki. Nie ma zresztą chyba nic bardziej subiektywnego niż poznanie i uczucia, a te dwie cechy są podstawowymi czynnikami składającymi się na literaturę, czy też w ogóle na jakąkolwiek twórczość, i jej odbiór. Odpowiedź na nawet tak postawione pytanie nie jest dla mnie zresztą wcale oczywistą i są to wciąż jedynie hipotezy gdyż podejrzliwie podchodzę do moich uczuć i nie wierzę w możliwość pełnego poznania choćby samego siebie.
A więc czym jest dla mnie pisanie? Myślę, że swego rodzaju ucieczką, ale też buntem wobec istniejącego i realnego świata i jego porządku. W każdym popełnionym rysunku albo tekście doszukuję się nie tyle obrazu świata ile jego alternatywy, stąd też pewnie moje szczególne uwielbienie dla fantastyki i groteski. W opowiadaniu czy wierszu mogę się schować spokojny o to czy przypadkowe zrządzenie losu pokrzyżuje moje plany. Tam, w świecie fantazji, nabieram pewności i w tym szczególnym miejscu zaczynam lepiej rozumieć siebie i świat (także ten realny). Pisząc, nie raz sam siebie zaskakuję i odkrywam przed sobą pewne pomysły i rozwiązania w taki sposób, jakby ktoś inny mi je powiedział. Poza tym jest to też swego rodzaju "zemsta ręki śmiertelnej" jak pisała Szymborska w wierszu "Radość pisania", a śmierć jest właśnie jednym z tych podstawowych reguł świata rzeczywistego z którą ciężko mi się pogodzić.

2 komentarze:

  1. Czytając Twój tekst zauważyłam, jak rzadko w swojej twórczości stawiamy sobie pytanie o cele, a przecież można je włączyć w „repertuar” naszych pisarskich i innych działań. Hrabal zresztą kiedyś popełnił dwa teksty, oscylujące wokół tożsamości autora („Kim jestem? i „Dlaczego piszę?”). Czytałam je dawno temu i pamiętam jak przez mgłę, ale tekst Olafa obudził we mnie tamto uczucie: że jest się kimś na tyle ważnym, że warto pisać o sobie, gdyż będąc dla siebie ciekawym, tajemniczym i niezmierzonym kontynentem, którego granice na dodatek się ciągle przemieszczają, pisanie o sobie jest niczym innym jak obfitą w niespodzianki podróżą.
    Podoba mi się naturalność z jaką mówisz o swoim pisaniu, jak samego siebie tropisz, przyłapujesz na nieścisłościach, chwytasz za rękę i brzęczysz do ucha: „a Ty co? Że niby tak czujesz?”. Powątpiewasz w siebie, ale w tych wątpliwościach błyszczy klejnot Twojej niepowtarzalnej osobowości i Ty ten go nam, czytelnikom, pokazujesz. Ba! Nawet pozwalasz wziąć do ręki, obejrzeć, ocenić.
    Myślę, że każdy, kto tworzy, to ucieka od świata, nie przez przypadek najlepsze dzieła powstają właśnie wtedy, kiedy naprawdę mamy przed czym uciekać :). Jeśli natomiast świat nas pieści i niczego nam nie brakuje, to musimy ten brak u siebie wywołać, żeby moc coś stworzyć. Twoja myśl jest jednak szersza – twierdzisz, że ta ucieczka stanowi swego rodzaju podejście do świata realnego od innej strony.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wyobraźmy sobie dużą przestronną kuchnię, wokół zlewozmywaka walają się ogromne ilości garów z poprzywieranym do nich tłuszczem i brudem, na dodatek jakaś gęsta, śmierdząca ciecz rozlała się na podłogę. Stoi tam pewien mężczyzna który próbując się uporać choćby z małą ilością tych wszystkich naczyń, nie jest w stanie tego zrobić, bo właśnie raczkujące dziecko zbliża się z niewinnym uśmiechem do kałuży tego ohydnego czegoś – może to zupa sprzed miesiąca, a może coś całkiem niewyobrażalnie, irracjonalnie wstrętniejszego? Zapobiegliwy mężczyzna, kiedy tylko próbuje coś sprzątnąć, zaraz musi biec do dziecka, żeby je czymś zająć i żeby nie zbliżało się do tej góry groźnych dla jego systemu immunologicznego odpadków. Jest zmęczony, postanawia pójść z dzieckiem do lasu. Kiedy wraca i staje w kuchni pierwsze, co widzi, to jasno żółte ściany po których suną w wszystkich kierunkach promienie słońca rozwożone przez szyby aut jak wizytówki innego świata dla strapionych życiem. Potem zauważa, że naprzeciwległej ścianie wisi spłaszczona martwa natura: banany wyglądają jak orientalne kołyski, jak rozgrzane hamaki, kwi jak ciepłe, jajeczne mieszkania dla mających się za chwilę wykluć roztrzepanych ptaszków w kolorze khaki, Dwa kawałki arbuza zamieszczone na pierwszym planie, utożsamiają dwie prawie identyczne możliwości i wyboru, a jednak tak zupełnie odmienne. Ma wrażenie, że widzi ten obraz po raz pierwsze. Jest tak zauroczony swoimi wręcz magicznymi zdolnościami, że biegnie spragnionym igraszki wzrokiem dalej po rozedrganej od świateł ścianie. Jego wzrok wpływa ostro wzburzając nieistniejące fale na słuchawkę od telefonu. Jest miękka i przyjazna, aż chce się z kimś podać, ale niestety, choć bardzo się wysila, nie może w niej dostrzec niczego specyficznego, niczego innego, dotąd nie dostrzeganego. Nieco rozczarowany, że nie jest sam kreatorem swoich myśli i panem swojego postrzegania, wraca do do realności, nadal jednak zrelaksowany i pod wpływem jakiegoś czaru – jakby nieodwracalnie ukazało mu się, coś niecodziennego. Płynie, tym razem już spokojnym wzrokiem, dalej za słuchawkę telefonu. Widzi, przyczepioną do ściany karteczkę, czyta: „Zostawiam ci numer do pani sprzątającej, zadzwoń jak będziesz potrzebował, wszystko jest dogadane. Kasia.” Wyjechała trochę ponad miesiąc temu, ja się tu męczę, kręcąc w kółko, tracąc energię i nic właściwie nie mogę zrobić, a wystarczyło tylko zmienić punkt widzenia i dosłownie i w przenośni – pomyślał zaciekawiony i po sekundzie już trzymał słuchawkę telefonu i rozmawiał z bardzo ciepło brzmiącą panią Janką, która deklarowała, że z wielką ochotą doprowadzi jego mieszkanie do porządku, gdyż od dawna przebywa na emeryturze, brakuje jej ruchu, nowych wyzwań, a sprzątanie ją porządkuje – zawsze uwielbiała ten stan – kiedy pomieszczenia są już czyste, pachnące, a wszystkie przedmioty w nich poukładane tak, że każdy jest na wyciągnięcie ręki.

    Znowu się zagalopowałam, a tu już muszę wychodzić. Tak to jest, że teksty Olafa mają w sobie tajemniczą moc przemiany świata. Czyli to o czym marzysz, czego byś chciał właśnie staje się... Jak koniec świata w „Piosence o końcu świata Miłosz”

    IzA oChmaN

    OdpowiedzUsuń