Budują tu hotel. Dzień i noc, roześmiani robotnicy: papieros na wypadzie twarzy. Wodospady stuków, szum kieł koparek, archeologicznie – demiurgicznie, nowocześnie i nijak. Najbardziej mi brak, że powstaje tak, jakoby go wcale nie było. Kolory? Modny w biznesie pomarańcz, który już nie ożywia (a miał w zamiarze) i szkło. Plus oczywiście stonowana szarość – łagodnie skrojona wizytówka, kopertówka, wieloaktówka. Metafora obecności, a ściśle mówiąc nieobecność osoby pod nieobecność świata. Czy można być obecnym w nieobecnym świecie? Wyciągam rękę do góry, prawie tak wysoko jak sięga czubek hotelu (on nie ma właściwie czubka, bo sam jest czubkiem) i zgłaszam: JESTEM. Taczki, wylewki, po kątach nalewki, wojskowe kalosze, błoto nawet na policzkach, bułki jedzone w otwartych oczodołach budynku. Wiatr wymiata swoim pędzlem tą przestrzeń.
Mijały dni i niby nic się nie zmieniało, nie zwracam nawet uwagi jak postępują prace. Dziś, krótko po 18.00 zaglądam przez okno swojego mieszkania i widzę, że w jednym z hotelowych pomieszczeń pali się światło. Jakby ktoś podzielił adwentowy lampion na ileś tam sześcianów, w każdym poumieszczał świeczki, ale tylko jedna zapłonęła ogniem. I z tą myślą Was zostawiam ;)
izA ochmaN
Świetne Iza. Studium bycia i niebycia, ale ze wskazówką. To co brzydkie, zwyczajne, kanciaste, pospolite istnieje na prawdę, jest obecne w tym co napisałaś, czuć zapach i nie trzeba się szczególnie starać żeby to zobaczyć. To co planowe, piękne, na swoim miejscu, stworzone istnieje tylko gdzieś w sferze nieobecnego ideału, ale nie jest przez to ani trochę bardziej atrakcyjne. Jest po prostu nie obecne i to wszystko co można o tym powiedzieć, a na pewno nie jest lepsze.
OdpowiedzUsuń