Opowiadanie jest po części inspirowane obrazkiem który zamieściła w poprzednim poście Iza.
***
Epilog
Pejzaż za szybą autobusu szarzeje i rozmywa się w monotonnym ruchu. Domy, budynki, ludzkie i nieludzkie ścieżki plecione niewidzialną ręką wraz z mijanymi metrami. Przesuwający się krajobraz jest mniej znany niż być powinien, wybiórczy, jakby to był obraz wyszyty na materiale nakręconym na szpule olbrzymiej taśmy i przeciąganym mechaniczną siłą gdzieś między szybami. Ciemny, ciemny świat, nierealny, niedzisiejszy jak ze snu. Rzeczywistość przymarza do szyby, staje się mało plastyczna i w każdej chwili może popękać jak stara, wysuszona skóra. Niebezpieczny świat z tektury i chińskiego atramentu, każdy krok tam musi być zagrożony upadkiem w otchłań która czai się gdzieś za płaszczyznami i konturami. Jak w grach komputerowych, cienka dawka imitującej rzeczywistość grafiki a pod spodem nieludzka próżnia jedynek i zer. W takich grach, wystarczy jakiś niestandardowy ruch, ucieczka z nurtu fabuły gdzieś w bok żeby się przekonać jak płaski i ograniczony jest obraz, a my jesteśmy więźniami tylko tej przestrzeni, która została dla nas z góry przewidziana. Nic nie możemy zrobić, czego by wcześniej nie zaprogramowano. Zimne dotknięcie szyby jak impuls przewodzi po ciele idee obecności w prawdziwym świecie.
Autobus musi mnie nad tym wszystkim przewieźć, musi w swojej ciasnej przestrzeni zamknąć się zupełnie, zrównać pola i krawędzie, żebym to wszystko bez szwanku pominął. Ja wiem, że to nie jest łatwe, że integralność autobusu została nadwyrężona przez ciągłe kolizje, przez tarcia pomiędzy pewną i stałą rzeczywistością świata a ulotną, nawlekaną powoli przez drżącą dłoń rzeczywistością ludzi w środku. Rzeczywistością zwalistych ciał, pochylonych głów i utkwionych w pustce spojrzeń. Lata beznadziejnych wysiłków podziurawiły karoserię autobusu. Zimno świata które wpada tutaj tymi lukami, ustawicznie wypychane przez obłoki pary z ust, nie daje za wygraną i przypomina nam gdzie jesteśmy. Dziury, dziurki, dziureczki w fotelach, w uszczelce przy oknie, w gumie, w zimowym płaszczu przypominają że ta walka, żeby przenieść i przejść czas, pominąć przemijanie w pośpiechu, ta walka trwa od lat. I udaje się zwyciężyć, udaje się połączyć ze sobą chwile, godziny, dni i lata. Udaje się złączyć wieczory z porankami, zrównać w pewną całość wszystkie dni tygodnia od poniedziałku do niedzieli, zapakować wszystko i przewiązać ciasno sznurkiem, na koniec zakopać w ziemi. Ta prawda zawarta jest w spojrzeniu starych autobusów, w mowie zurbanizowanych przestrzeni, to się wciąż udaje, pokonać ciążenie, cały tragizm świata puścić kantem i nie dbać o to że się przemija i że się odchodzi. Temu wszystkiemu można sprostać. Wszystko można zagrać i tylko umrzeć naprawdę.
- Niech jedzie, jedzie, dalej, dalej dalej. Jesteś? - rozglądam się niepewnie po twarzach wokół mnie. Chyba go nie ma, nie ma tak jak mógłby być blisko. Ale daleko jest obecny, tak jak tamten człowiek po prawej stronie, z dziwnie zmarszczonym czołem, jakby zamyślony ale nie do końca, jakby łysy ale też jeszcze nie tak na pewno. On się patrzy w bok, za okno, za świat, gdzieś dalej. Albo inny osobnik z czerwonym nosem, nieszczęśliwie odgrodzony od szyby współpasażerem, został prawie całkowicie pozbawiony tej wygodnej wymówki jaką jest spojrzenie za okno. Ale i na to są sposoby, jego spojrzenie błądzi po tyle autobusu, gdzieś kreśli okręgi i wykresy wznoszące się i opadające z równą częstotliwością co koła autobusu na nierównej drodze. Nie próbuje ogniskować wzroku, nie zdradza się ze swoją obecnością, sekretów swoich myśli nie powierza nikomu, bawełnianą czapkę ma naciągniętą prawie że na oczy. Jest jeszcze starsza kobieta z torbą, jest młody chłopak, ubrany kolorowo ale mimo to blady jak cała reszta widowni w tym autobusie. On gdzieś tu jest, nie ma go poza autobusem, poza autobusem nic nie ma. On gdzieś tu jest, gdzieś daleko. - Nie ma Cię, nie ma. Jest jesień, nadchodzi zima.
- Nadchodzi długa, długa zima. Jeszcze chwila i pod ciężką, białą kołdrą wszystkie jesienne liście, te niezgrabione i poszarpane przez pasożyty, zbrązowiałe i zżółkłe wspomnienia po zielonym lecie zamarzną całkiem zapomniane, nie poruszane nawet procesem rozkładu. Wszystkie one zostaną przysypane przez śnieg na długie, długie obumieranie. Wszystkie myśli jakie jeszcze nie wyraziłeś zamarzną w połowie drogi, ogłuchłe nagle słowa będą za szklaną taflą, uwięzione pod pokrywą lodu, oczekiwać wiosny. Albo wiosna nigdy nie nastanie. Zgarbione, skarlałe kontury będą od tej pory w udręczonej pozie przenosić czas, dźwigać go w prężnym wysiłku. Od tej pory każdy bród, ale też każde ciepło, odciśnie się wyraźną plamą na zmarzniętej ziemi, na ośnieżonych dachach, drzewach, ruinach. Ciepłe skarpetki będą próbowały powstrzymać potężny napór chłodnego powietrza, kolorowym wzorem i gęstym ściegiem, będą więziły dobre, ciepłe powietrze żeby zatrzymać presję przestrzeni, przestrzeni bez końca, przestrzeni otwartej, obcej, kosmicznej. Nadchodzi długa, długa zima.
Nie mogę się dobudzić i ciężko mi utrzymać otwarte powieki w tym sennym autobusie. Niejednostajny rytm, który podbija moją głową co jakiś czas, nie odgania zmęczenia ani na chwilę. Trud dnia mnie więzi, choć dzisiaj dzień jak dzień, nie mogę zrozumieć co mnie mogło tak zmęczyć że nie potrafię być świadomy i co parę chwil zapadam w krótką drzemkę, w dziwny trans gdzie rzeczywistość autobusu miesza się z wytworami mojej głowy. Widzę jak ktoś stoi, ktoś czeka i może nawet patrzy na mnie. Tak mi się wydaje gdy z pochyloną głową próbuję przemycić chwilę odpoczynku, ale gdy tylko oprzytomnieję i podniosę wzrok, okazuje się że nikogo nie ma, że jestem w autobusie całkiem sam. Ale nie dziwi mnie ta igraszka wyobraźni, zastanawiam się tylko czy nie prześpię swojego przystanku. Czy gdy znowu poderwę głowę, nie okaże się że zrobiłem kółko i jestem znów w tym samym miejscu z którego wyjechałem. I będę musiał pokornie wyjść z autobusu, z tej ciepłej przystani z powrotem na mróz i pozostanie mi tylko czekać na kolejną szansę, kolejny rejs w stronę domu. Wszystkie moje wysiłki docierania z jednego miejsca w drugie, podróżowania po coś gdzieś, śpieszenia się dokądś, wydają mi się jakąś nierzeczywistą płaszczyzną, obecnością obok, jak ten mój półsen w autobusie. Całe moje życie jest tylko ciągłą podróżą między miejscami, między celami i pragnieniami. Całe moje wysiłki wymierzone są na dotarcie w jakieś miejsce, na osiągnięcia jakichś korzyści, całe moje życie jest jak ta podróż autobusem, obojętna i mimochodem, nieuważna, zawsze nieświadoma. Zapominam o tym że jadę, że żyję i że mija czas, w drodze łatwo zapomnieć że mija czas; mijanie drogi łatwo zastępuje mijanie czasu. Ale czas się nie zatrzymuje. Znów wydawało mi się że ktoś stoi i że wysiada na przystanku, teraz nawet nie wiem czy to było złudzenie, czy naprawdę ktoś był i wysiadł. Może zresztą w ogóle cały czas jeszcze mi się śni, że jestem w autobusie całkiem sam, nikogo nie ma.
- Nadchodzi ciemna, ciemna noc. Arktyczna noc, która trwa pół roku. Pół życia przyjdzie nam marzyć w ciemnościach, na ślepo i po omacku. Przemieszczać się z miejsca w miejsce po zmroku, światło całkiem zostanie pożarte przez długie godziny spędzone za ścianą, w pokoju, przy zlewie, przy stole, przy biurku. Noc kradnie nasze spojrzenia, które rzucane nieostrożnie w zmrok giną i już nigdy do nas nie wracają. Po trochu odbiera nam spokój i pewność, zostawia nam tylko ściany, chorobliwie oświetlone przez zmęczoną żarówkę. Pusty blask ekranów oszukuje pozornym spokojem, ale nie uchroni nas przed prawdą. Nie można się całkiem zasłonić przed ciemnością, ona w końcu wyjdzie z nas samych, wyleje się każdą możliwą luką, zaleje nasze oczy i usta, pobrudzi dłonie. Ciasno opleceni betonem, przewiązani sznurami elektrycznych przewodów nie oderwiemy się od ziemi.
Jest już bardzo późno, a ja z ojcem stoimy na przystanku. Jak rozbitkowie albo uchodźcy z ciemnego, wyludnionego miasta. Stoimy trochę z boku, osobno ale jednak razem z innymi ludźmi czekającymi na autobus. Ojciec trwa niewzruszony, ja się kręcę dookoła, nigdy nie potrafiłem ustać w miejscu. Badam odrapane ogłoszenia, wdycham zapach pokaleczonych i brudnych ścian. Wciągam w cichy mechanizm mojego ciała zimne łyki powietrza. Mój ojciec zanosi się ciężkim, donośnym kaszlem. Jego kaszel wdziera się pod powłokę nocy, na chwilę ożywia wszystkich zgromadzonych, wyostrza przestrzeń, musztruje kontury. Przez chwilę jest czymś nowym, wydaje się jakby miał coś do przekazania i nie bez powodu zwracał teraz na siebie uwagę ostrymi szarpnięciami. Po chwili jednak wszystko staje się jasne, dla mnie dużo wcześniej niż dla innych. Konwencja choroby tłumaczy swoje wybryki, co nie znaczy że nie przeszkadza, pewnie nie jednemu z oczekujących na brzegu miasta rozbitków nie w smak takie kaszle, charki i splunięcia. Ale to bez znaczenia. Bez znaczenia jest choroba, szczególnie dla mnie, przyzwyczaiłem się już. Ojciec wygrał tym razem, pokonał własne płuca, wydarł z ich przepastnych komór flegmę. Wyszarpał ze swojego wnętrza, w wysiłku i z poświęceniem, jakby to był jakiś pilnie strzeżony skarb. A może to nie mój ojciec wygrał, może to ta przestrzeń wygrała, zimna przestrzeń. Mroźne powietrze wpuszczane do płuc pod przebraniem życiodajnego tlenu, zakradło się podstępnie i zaparło się wewnątrz, zastygło i powiedziało mojemu ojcu że nie wyjdzie, że to był już ostatni oddech. Jednak ojciec wygrał, bez wątpienia. Nie przyszedłem jednak pogratulować odniesionego zwycięstwa, nie winszowałem mu triumfu, ta organowa melodia jego płuc, jego niespokojnego oddechu jest jak tło. Nagle wdarcie się wyższego akordu, jest może próbą zwrócenia czyjejś uwagi, ale chyba nie mojej, nie wiem czyjej. Przystanąłem na brzegu drogi, po której obojętnie płynęły samochody, głównie taksówki. Czuć było jakieś szczególne drganie, coś unosiło się w powietrzu. Po chwili doszło mnie charakterystyczne wycie, które zawsze było dla mnie zapowiedzią zbliżającego się autobusu. Swoiste napięcie które czułem już od dłuższego czasu nabierało mocy. Autobus przygotowywał scenę do odegrania swojej roli. Roli obojętnej i bez znaczenia, a jednak każdy z rozbitków poderwie się na chwilę do owacji na stojąco, każdy pokornie się ustawi. Doczekaliśmy się!
- jest w autobusie coś szczególnego, jakaś siła i aura, którą czuć jeszcze zanim on przyjedzie – powiedziałem, trochę ryzykownie bo to mogło zabrzmieć dziwnie, mój ojciec mógł mnie nie zrozumieć, mogło to dla niego być całkiem niezrozumiałe. Liczyłem że późna pora i zmęczenie pozwoli mi na jakiś wybieg, że w razie czego zdołam umknąć – To przez to że autobusy nie ulegają entropii – odpowiedział nie patrząc na mnie – Entropii? - Tak, wszystko wokół ulega entropii, domy, drzewa, ściany, ludzie... wszystko, i tylko autobus nie. - Ale dlaczego? - byłem oszołomiony tą odpowiedzią, to było jak objawienie, jak klucz do tajemnicy odnaleziony za pralką – Bo to są już zabytki – spojrzał na mnie i uśmiechnął się pod nosem – Autobusy w naszym mieście są tak stare, że nie ulegają już entropii.
- Nadchodzi ciężki, ciężki sen. Nocny krajobraz utonął w absurdzie, metaliczne niebo jak na igłach zawisło na ulicznych latarniach. Wisi ciężko jak płachta na której zebrała się woda w opasłych kałużach, jak ciężarna kobieta która czeka tylko momentu rozwiązania, i nie wiem co będzie potem. Ściany zacieśniają się, ktoś wyciąga z nich powietrze i one zaczynają się wybrzuszać do środka, sztywne tylko na krawędziach, które jeszcze się trzymają ale i one w końcu pękną i cały świat wyleje się z formy. Nabrzmiały treścią nie dam już rady uciekać do mniejszych przestrzeni, nie naciągnę już na siebie ciaśniejszego kombinezonu, byle ochronić się przed wzbierającą falą realności. Przychodzi taki moment, że każdy następny schron jest zbyt ciasny i człowiek zaczyna się dusić. Sen zalewa gęstym atramentem obrazy i sekwencje, niektóre sceny zlepiają się ze sobą, tak że już nie da się ich odkleić i nie sposób odgadnąć co było na tej pod spodem. Postacie ze snów mają swoje prawa, wiedzą co robią i ich gra jest bezbłędna. Tym gorzej dla nas, dla których rola nie jest nigdy napisana. Gdy śniłem, zawsze wiedziałem że śnię, poza tymi chwilami gdy nie śnię, wtedy nie jestem do końca pewny.
Autobus zwalnia, wyjeżdża z zakrętu i znowu przyśpiesza. Gdzieś przede mną widzę jak wznoszą się płaskie kolumny bloków. Mont blanc moich myśli, orle gniazda moich marzeń. Ciemność układa na nich mozaiki jasnych punktów. Autobus stał się integralną przestrzenią, znajomym kontynentem którego nie chce się już opuszczać. My wszyscy jak galernicy, siłą swojej woli, siłą schematu i wpojonej nam jedynej słusznej konstrukcji rzeczywistości utrzymujemy autobus w jego konsekwentnej bryle i posuwamy go do przodu. Zawija jeszcze do pustych zatok, do niegościnnych portów gdzie nikt nie wsiada ani nie wysiada. Jednak nie pozostaje na żadnej z nich, nie poprzestaje na tym. Powoli zaczyna prószyć drobny śnieg, przybierający na szybach postać mokrych igiełek. Płyniemy dalej w noc.
Olaf Józefoski
nigdy bym nie pomyślała, żę można tyle napisać o zwykłym autobusie. Są to głębokie przemyślenia, skłaniające mnie do reflekcji nad przemijaniem. Kiedy pojadę następnym razem autobusem przypomi mi się twoje opowiadanie:)
OdpowiedzUsuńpozdrawiam,
Agnieszka K>G>
Tekst, który zaskakuje porównaniami, świetna wycieczka w świat czyjegoś widzenia przeplatana refleksją egzystencjalną, daje wrażenie życia – raz jest smutno, innym razem bardzo zabawnie, ktoś siedzi samotnie, ale zdaje mu się, że ktoś przy nim stoi, patrzy na niego, czeka... Może i czeka, tylko w jakiejś innej odrealnionej przestrzeni, tej do której dostęp nie jest może dziecinnie prosty, ale też nie nieosiągalny. Jak się okazuje, czasami warto się trochę pokręcić w kółku, przysnąć, odpłynąć, by dotknąć nienamacalnego, by widzieć niewidzialne.
OdpowiedzUsuńDom, miejsce znajome i bezpieczne, acz wcale nie sprzyjające odważnym wyczynom. Są i tacy, co z podróży robią domowisko (jak narrator opowiadania), a z domu zapewne miejsce przeczekania. Na co? Na kolejny autobus, w którym będzie można poczuć się jak w domu. Dramatem tego człowieka poniekąd to, że on nie do końca potrafi być tam gdzie jest i przez to znajduje się ciągle w pozorowanej podróży, która właściwie jest rodzajem pozabezpieczanej tułaczki z kąta w kąt. Spotykani ludzie wydają się z tej perspektywy żałośnie odgrodzeni od wszystkiego swoim zwalistymi cielskami, czerwonymi od zimna nosami, tudzież wschodzącą jak księżyc na pola łysiną. Ciała wydają się skutecznie odgradzać ludzi od duszy, przez co kontakt jest niemożliwy – no bo jak rozmawiać z ludzką, nadmuchaną kukłą. Wieje pustką. Także autobus nie jest od niej wolny, o czym świadczą chociażby rozliczne dziury i dziureczki. Zimno, chłodno, ciemno. Aczkolwiek wiele pozytywnej energii niesie to opowiadania, jak chociażby kolorowe ściegi skarpetek i niejasne na razie, ale jednak przeczucie nadejścia wiosny. Ta pora roku przyniesie zapewne dziki rozkwit, którym można będzie nasycić ducha i ciało, ale autobus smutno przejedzie nad nią, wolny już od wszystkiego, bo to autobus do innego świata, świata w którym wszystko stanie się jasne i uporządkowane. Pojazd jest jakby elementem łączącym te dwa światy, z jednej strony tak zepsuty, a z drugiej, właśnie dzięki temu zepsuciu nie mogący ulec entropii, a w więc dwoma przednimi kołami będący już tam, gdzie nie ma chaosu.
Pod koniec narrator, niczym hipnotyzer, wyprowadza nas z transu i pokazuje nam, z oddali bo z oddali (może nie chce się bliżej zaznajamiać) swój DOM „Mont blanc moich myśli, orle gniazda moich marzeń”. Potem wspomina jeszcze o innych domach, które mieszczą się na kuli ziemskiej i do których zajeżdżają autobusy. Zakończenie jest bardzo nostalgiczne, kreśli pewną wspólnotowość doświadczenia podróży autobusem. Podróży, która jest jednocześnie snem, stanem bezruchu, myślą o śmierci, o samotności, o niemożności prawdziwego spotkania, o przepływie, przemijaniu. Dlatego na końcu opowiadania pada słowo płyniemy, bo płynąć to być, z tymi wszystkimi aspektami aspektami za rękę. Dziękuję Ci Olafie, za to opowiadanie.