Za każdym razem myślał o sobie "wstrętny, podły facet", aż którejś niedzieli Ona przyniosła mu puderniczkę i błyszczyk do ust w pudełku z pędzelkiem, podała mu też najlepszą, według Niej, suknię, jaką tylko mogła znaleźć w tej starej, rozpadającej
się szafie bez uchwytów.
Była czarna, w torsie nieco go uciskała, kokieteryjnie zwężając się ku dołowi, zasłaniała niewielki odcinek łydki, a z tyłu miała coś w rodzaju trenu. Z założenia miał włóczyć się po podłodze, sprawiając, że kobieca sylwetka zdawała się łączyć z ziemią, głaskać ją i tulić każdym posunięciem. Właściwie nie wiadomo dlaczego ślubne, ciągnące się przez wiele metrów treny są postrzegane jako odświętne, oto przecież kobieta staje się w pewnym sensie upadła, łączy się ze swoim niskimi pobudkami i zamiata sobą świat - cokolwiek mogłoby to znaczyć. Na szczęście na nim suknia leżała nieco inaczej, chyba za sprawą tego, że był od Niej sporo wyższy. Tren wisiał komediancko jak ogon i można by pomyśleć, że za chwilę zacznie się naszpikowane żartami przedstawienie z kotem - kotką w roli głównej. Tylko aktor stał pośrodku sceny śmiertelnie poważny. Chwilę później wziął do ręki puszystą gąbeczkę, zanurzył ją w złotej, misternie zdobionej pudernicy i rozpoczął "budowanie siebie od nowa" - jak to nazywał w myślach. On, pan architekt, wreszcie zdawało mu się, że buduje naprawdę, całe poprzednie życie było tylko rozsądnie skrojonym planem, suchym schematem. Tymczasem największą frajdę sprawia bycie budowniczym, kiedy się kładzie cegła po cegle własnymi rękami, wtedy wie się na pewno, że dom powstaje naprawdę. Zaprojektowane przez niego domy były w pewnym sensie nierealne, projekt odbiegał od gotowego budynku na odległość mniej więcej taką, jaka dzieli ziemię od księżyca.
Z twarzy na suknię osypywały się świetliste drobiny jasno beżowego pudru, oczy miał skupione, śmiejące się - już teraz, a policzki świeciły odbitym od lampy światłem. Cicho i delikatnie, jakby robił coś bardzo przyjemnego, ale zakazanego wziął teraz ze stolika błyszczyk do ust w kolorze dojrzałej brzoskwini. A ruch jego ręki mógłby do prawdy przypominać moment kiedy Adam odbiera jabłko z gładkich, smukłych dłoni Ewy. Tu i tu ręka jakby lekko spocona, drżąca - nie wiadomo czy z radości, czy ze strachu.
Kiedy był już gotowy, podszedł do okna i zdecydowanym szarpnięciem odsłonił obydwie naraz ciężkie zasłony. Na dworze było ciemno, dachy domów wydawały się zjeżdżać coraz niżej, świat był cmentarzem, na którym ludzie co wieczór i co rano chowają się już za życia.
IzA oChmaN
Jednocześnie zmysłowe i prowokujące, bardzo ładnie połączone i zwiewnie napisane :-) I taka lekka, kobieca poetyka słów i refleksji. Niby trudny temat, a opowiedziany w sposób całkiem lekki i obojętny, jakbyś opowiadała o tym że wstajesz rano i idziesz do pracy, to jest w tym chyba najlepsze.
OdpowiedzUsuń